Coraz trudniej jest połapać się, do jakich celów politycznych zmierza Jarosław Kaczyński. Szczególnie namotała sekwencja ostatnich zdarzeń, która z oporami stosuje się do zasad logiki zwyczajnej. Najpierw lider PiS pozbył się jednego żarliwego pretorianina-neofity Marka Migalskiego, europosła, a następnie upokorzył Elżbietę Jakubiak, najżarliwszą (obok Beaty Kempy) członkinię „starego zakonu” i współautorkę jego udanej kampanii wyborczej. Za komentarz do tego wydarzenia niech posłuży opinia jednego z dziennikarzy, który oddając wyraz twarzy pani poseł po wyjściu z posłuchania u wodza, powiedział: „Wyglądała jak zbity psiak...”
Ale też nie współczuję ani jej, ani innym członkom PiS, którzy popadli w niełaskę prezesa Kaczyńskiego. Dobry jest tu komentarz mej Babuni: „A cierp ciało, jak ci się myśleć nie chciało...” Do aktywnego myślenia zmusiły mnie spicze Pana Prezesa wygłoszone 10.09 na tzw. konwencji obywatelskiej i pod „krzyżem smoleńskim” - majstersztyk makiawelizmu! Najpierw bowiem nawymyślał kilku liderom PO (łącznie z prezydentem) i zażądał od nich usunięcia się z polityki jako moralnie winnych niemającej precedensu w dziejach świata katastrofy. Po czym „przepowiedział” atak środowisk jemu wrogich... Mój Boże, jak rzuca granat, to trudno zakładać, że przeciwnik ciśnie doniczką z pelargonią! W pełni zgadzam się z Jarosławem K., że „katastrofa smoleńska” nie ma precedensu, ale dlatego, że kanceliści żadnego prezydenta (on sam?) nie oszaleli na tyle, aby zabierać na pokład samolotu prezydenckiego najwyższych dowódców sił zbrojnych - że o innych osobistościach życia politycznego nie wspomnę. Nie umiem natomiast znaleźć związku między śmiercią Lecha K. a ową atmosferą przyzwolenia na krytykę jego prezydentury. Polityk (Jarosław K. powinien to wiedzieć) zawsze jest narażony na krytykę, a im wyższą ma pozycję, tym jest ona mocniejsza. (A Lech K. nie był najlepszym z polskich prezydentów...). Idąc śladem rozumowania Jarosława K. można uznać, że gdyby (oby nie!) prezydentowi Komorowskiemu przytrafiło się jakieś nieszczęście, to Pan Prezes - bez pardonu atakując prezydenta, a tym samym ośmielający innych do naśladownictwa, byłby moralnym sprawcą takiego wypadku. Można pójść jeszcze dalej: jeśli przyjąć, że Tusk, Komorowski są „moralnymi sprawcami” śmierci Lecha K., to nie mniej winny jest i Pan Prezes, bo zlecił bratu partyjne zadanie ubiegania się o urząd prezydenta RP i uczynił wszystko, by ten zamysł się udał. Absurd za absurdem? Jak najbardziej! Ale zgodne z (a)logiką wodza PiS. A w ogóle to już najwyższa pora na zakończenie tych politycznych egzekwii, bo nie służą one ani zmarłym, ani żywym.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!