Policjanci wzięli Kamila za ręce i nogi, kilka kilometrów nieśli przez krzaki i chaszcze. Chłopak był tak wycieńczony, że nie mógł iść sam. Co jakiś czas odzyskiwał świadomość i coś mówił do nich. Raz miało to sens, innym razem były to majaczenia chorego człowieka. Gdyby jednak Robert Kęder w porę nie znalazł 25-letniego Kamila, teraz moglibyśmy tylko napisać o jego śmierci...
Kamil przyjechał ze Śląska do jednego z ośrodków w Wildze. Przez jakiś czas był spokojny, potem jego zachowanie zaczęło być dziwne. Coś mu się wydawało, robił rzeczy, których normalnie się nie robi. W końcu kierownik ośrodka poprosił go na rozmowę. Wtedy Kamil przyznał, że jest chory i się leczy. W ośrodku nie było jednak dla niego miejsca. Poproszono go o opuszczenie placówki.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!