Reklama

Co wylewa się w Stasinie?

Drzewa zaczynały usychać. W lesie pojawiły się śmierdzące rozlewiska… A 80-letnia mieszkanka Stasina (gm. Paprotnia) szukała kogoś, kto wreszcie jej uwierzy.

Teraz sprawą zajęła się prokuratura, która wszczęła śledztwo w sprawie zanieczyszczenia gleby. Właściciel zakładu twierdzi, że to „jeden incydentalny przypadek” i chce dojść do porozumienia z właścicielką lasu.

Pani Barbara mieszka w Stasinie ponad pół wieku. Zakład drobiarski, o którym mówi „ta machina”, stoi w środku miejscowości. Jak opowiada pani Barbara, ze wsi zniknął nawet sklep, bo został wykupiony przez zakład.

– Te budy, te churchoty (tiry – red.) spać nie dają. Pracują w zakładzie 24 na dobę. Jest hałas. I palą światła ciągle. Nie mogę spać. Wcale nie ma ciszy nocnej. Żeby pani w nocy przyjechała, bo teraz to bym powiedziała, że jest miód malina. Ale na co dzień tu się nie da żyć – mówi kobieta. I dodaje: – Wnuczka nagrała to wszystko, te hałasy, bo w ochronie środowiska chcieli dowodów. No i ochrona środowiska nas olała, policja olała, wójt olał. Wszyscy odsunęli od siebie, a nasza skarga poszła do kolegium. Kazali nam płacić za postępowanie, więc odpuściłam, choć te tiry, te charchoty są takie męczące.

Reklama

Pani Barbara mówi, że zakład obiecał postawić ekrany akustyczne.

– I na gadaniu się skończyło. A co ja jedna mogę z taką „machiną”? – pyta. – Byłam chyba pięć razy w ochronie środowiska. I w końcu do takiej urzędniczki mówię: „Ja jestem starsza kobieta, pani mi wytłumaczy, co to jest ta ochrona środowiska ”. A ona zastanowiła się chwilę i nie odpowiedziała nic. To ja jej wtedy: „Ludzi, hałasu nie chronicie, smrodu nie chronicie, lasu przed wylewaniem nie chronicie... to ja też nie wiem, co to jest ta ochrona środowiska”.

Reklama

Dzień, w którym zobaczyła „jeziora"

Zalanie lasu pani Barbara zobaczyła, gdy z synem podjechała na swą działkę leśną ciągnikiem.

– My tam do tego lasu za często nie jeździmy, ale jak pojechaliśmy, to mało nie zemdlałam! Mało z ciągnika nie spadłam! Proszę pani, w tych bagnach ciągnik się zapadł! Woda się lała z rury, która była za siatką, na terenie zakładu. Syn filmik nagrał – relacjonuje kobieta, a syn pokazuje film. – Jeziora były, tyle wody w lesie. Smród straszny. Patrzę w górę, na drzewa. Droga pani... ten las umarł.

Po powrocie do domu dzwoniła do sąsiadki, której las graniczy z jej działką, i do wójta

Reklama

– Wójt nie odbierał. Ani razu nie odbierał. To na policję zadzwoniłam. Na 997, ale i tak 112 się zgłosiło. Mówię: „Pani, ja nie chcę do was, bo może jakiś wypadek czy coś”. A ona, po głosie młoda, pyta: „A co pani się stało”? Ja tłumaczę, że wylewają coś do lasu. Mówię, że chciałam na policję zgłosić i ta kobieta dała mi numer. Jakiś pan odebrał i powiedział, że policja zaraz przyjedzie. I przyjechali – opowiada z przejęciem pani Barbara.

Poczuła wtedy, że ktoś po raz pierwszy potraktował sprawę serio. – Jeden wydał mi się nie bardzo przyjemny. Pojechali z synem do lasu. I jak wrócili to pani droga, jak on się odmienił. Jak aniołek się zrobił. Za głowę się łapał i mówił: „Pani, toż to jezioro gówna”. Smród taki. Spisali notatkę. I syn mówił, że przyszło pismo, że sprawa jest w prokuraturze.

Reklama

Nasza dziennikarka wybrała się do wskazanego przez panią Barbarę lasu. Skontaktowała się także z prokuraturą, WIOŚ i właścicielem zakładu drobiarskiego w Stasinie. Co zobaczyła i usłyszała? Przeczytajcie cały artykuł w papierowym i e-wydaniu "TS", nr 28 (papierowe wydanie dostępne w Biurze Ogłoszeń TS, a e-wydanie TUTAJ)

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 16/07/2026 11:10
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości