Reklama

Coś się porobiło

Jak porywa, kiedy nie porywa? Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? Dziesięć dni do wyborów, a – wstyd się przyznać, jakoś niewiele mnie to obchodzi. Powoli zaczynam rozumieć milczącą większość, czyli tych, co nie głosują. Nigdy ich nie rozumiałem, ale teraz zaczynam wyczuwać te klimaty. Coś się porobiło.
Zazwyczaj staram się nie pozować na dziada z długą brodą, ale kiedy wspominam minione kampanie wyborcze, to, proszę wybaczyć, aż łza się w oku kręci. Ale były jazdy! Jakie wiraże braliśmy. Na pełnym gazie. Po bandzie. Od ściany do ściany. Jakie mieliśmy suspensy i zwroty akcji nieoczekiwane, niedorzeczne. Od klęski do euforii. I z powrotem. I emocje były na krańcach. A teraz? Ci, co mają wygrać, mogą nawet trochę przegrać, a i tak będzie, jak było. Tamci, co ciut przegrają, mogliby nawet wygrać nieco, a niczego to nie zmieni. Zamiast niegdysiejszych emocji mamy długotrwałą, ba! żeby długotrwałą… mamy ciągnącą się bez końca bezdennie nudną wojnę pozycyjną.

Nie żebym nie wiedział, na kogo głosować. To nie ten kłopot. Jest na listach kilkoro rozgarniętych kandydatów. Znam ich, cenię, lubię. Nie będzie problemu, że niefartownie poparłem kogoś odklejonego. Przeciwnie, aż żal, że mam tylko jeden głos. Przywykłem jednak, że w czasie przedwyborczym emocje bywały ciut większe, a  latoś – ani dudu. Jakbym oglądał retransmisję drugoligowego meczu, którego wynik na dodatek już znam. Wiem, wiem… Oczywiście, wybory to święto demokracji. Ale w tym roku to święto ewidentnie mało porywające.
Wszystko niby jest, działa: konferencje prasowe, partyjne wyjazdy w Polskę, audycje wyborcze, ogłoszenia na słupach. Ale jakieś bez pary, na pół gwizdka, siłą inercji. Jakby nikt nie chciał wygrać. Jakby można było tylko powtarzać rytuały, w których moc nikt już nie wierzy. Nawet te plakaty – wiszą, ale jakby już chciały spaść, jakby nastał powyborczy poniedziałek i już było po ptakach.

Może zresztą taki był plan. Mieliśmy przecież w końcu stać się racjonalni i przestać majaczyć w gorączce. Mieliśmy iść na grilla, cieszyć się z ciepłej wody w kranie i resztę zostawić pragmatycznym fachowcom. Bo my przecież w swojej większości nie należymy do tych, którzy powinni zajmować się Polską. Polska w ogóle przestała być sexy. Taki był plan: odpocząć, zająć się czymś innym. I plan się powiódł. Emocje, jeśli były (oj, były, były!), wypaliły się w Smoleńsku i okolicach. Reszta dzieje się gdzieś indziej, poza nami. Kurs złotego do euro zależy być może od tego, czy Chińczycy znad Morza Żółtego kupią włoskie obligacje. Jak kupią, może się odbije. Jak nie kupią, nasza waluta będzie szukała nowego dna. Ani my, ani ci, na których mamy głosować, nie mają na to żadnego wpływu. Wielkie rzeczy się dzieją. Może zmienia się postać świata i wykluwa nowe.
Długie nocne Polaków rozmowy? Wyborczo nie ma o czym gadać. Czy pójdę głosować? Pójdę, powlokę się nawet.

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości