Za plecami księdza, licząc od góry, widziałem: jasne cumulusy na tle błękitu, szczyty sosen i brzozy (po prawej) oraz dach domku Franka. W żadnym prezbiterium nie mają takiego obrazu. Wzruszająca polowa msza – dzięki, że mnie na nią zabrałaś – była jedyną tegoroczną nowością na bindudze. No może z wyjątkiem okresowego pojawiania się Helmuta oraz dwóch świeżo wkopanych w polanę, zdaje się, na stałe, słupków do siatkówki. I chwała Bogu. Jeśli każdego lata choć na kilka dni wracam do krainy młodości, to nie po urok postępu i poprawy. Nie po to, żeby coś miało się tam zmieniać. Jeśli formuła „Trwaj, chwilo, jesteś piękna” potrafi zaklinać rzeczywistość, niech sprawdza się na naszej bindudze.
Trwaj chwilo, jesteś piękna. Trwaj, Lśniące Zwierciadło z wodą, gdy się wchodzi, zawsze zbyt zimną. Trwaj, poobiednia drzemko Hrynia. Trwajcie jagodzianki po 2 złote od sztuki, te z jagodami, i te z serem, które co rano zajeżdżają nam wprost na bindugę wysłużonym niebieskim volkwagenem. Trwajcie odzywki nieśmiertelne: Idziesz się kąpać? Tak po obiedzie? – Nie po obiedzie, ino przed kolacją… Trwajcie, nieodmiennie za wielkie porcje filetów z sandacza (plus opiekane ziemniaki i zestaw surówek) pochłaniane na tarasie restauracji z widokiem na jezioro (które, jak się okazuje, nie jest stawem). Trwajcie wyprawy wpław na drugi brzeg, tylko po to, by zapytać tam o godzinę i ruszyć w drogę powrotną. A potem powtórzyć to jeszcze raz. Trwajcie, piłkarskie mecze chrzestnych i chrześniaków. Trwajcie, motocykliści, bo już staliście się tradycją. Trwajcie nasze w ogień długie zapatrzenia. I chwile, kiedy odchodzimy od ogniska, zadzieramy głowy i szukamy gwiazd Wielkiego Wozu nad ciemnymi sosnami. I te dwa chianti lub łomże późniejsze, kiedy widać już Mały Wóz. Droga Mleczna wisi nad nami, czasami spadają gwiazdy i spełniają się życzenia. Trwajcie, jesteście piękne.
Trwaj poranna lampo, która wypędzasz nas z namiotów akurat na czas, by kupić poranną porcję jagodzianek. Trwajcie te minuty, kiedy zaczyna się poranne szuranie suwakami sypialń i tropików. Trwajcie poobiednie konkluzje, kiedy zastanawiamy się, czy czegoś nie potrzebujemy. Okazuje się, że szczęśliwie niczego, bo wszystko mamy, jest na wiacie, więc chwilę później wychodzimy obładowani torbami, które ledwie mieszczą się w aucie. Trwajcie, kopiaste porcje jajecznicy na kurkach na śniadanie, pieczone ziemniaki z czosnkowym serem oraz wieczorne kruche chipsy z kiełbików. (– Nie chodzi o ilość, ale o tradycję. – A patelnia się przyda). Ostatniego wieczora o zmierzchu, gdy płonęło już ognisko, na skrawku błękitu – między drzewami na drugim brzegu a niskim, płaskim obłokiem – pojawił się napis alfabetem chmur. Pomyślałem, że po aramejsku: mene, mene, tekel… Szczęśliwie, tylko ja to widziałem.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!