Reklama

Entuzjasta na huśtawce

Entuzjasta to ma, szczerze mówiąc, ciężkie życie. Zwłaszcza gdy entuzjazmuje się Europą, czyli jest euroentuzjastą. A jak jest euroentuzjastą polskim, to już ma w ogóle przechlapane jak Jola. Jaka Jola? Jak lojalna Jola, co wyalienowywała się z rozentuzjazmowanego tłumu. Ledwie się euroentuzjasta rozentuzjazmuje, ledwie do czegoś zapali, coś poprze i da wyraz, zaraz musi się hamować, zapał studzić albo i całkiem ochłonąć.
Tyle wysiłku włożył entuzjasta, by wytłumaczyć rodakom, jak wielkim dla nich dobrodziejstwem jest polska pożyczka dla MFW oraz przystąpienie do paktu fiskalnego. A okazuje się, że być może ani pożyczki nie będzie, ani do paktu nas nie przyjmą, bo premier Donald Tusk oświadczył, że „rozmowy trwają, od ich rozstrzygnięcia będzie zależało, czy Polska przystąpi do paktu fiskalnego, czy nie” i dodał, że „nie zawsze można wygrywać”. Zabrzmiało tak, jakbyśmy coś przegrali. Jakby już było po ptakach.   

Uwierzył polski entuzjasta, że tylko Berlin i z Berlinem, że przez Berlin wszystko się załatwi... A premier jak na złość właśnie spostrzegł, że oprócz Berlina i Brukseli są jeszcze w Europie inne stolice i pojechał do Rzymu (ze stoków Dolomitów akurat miał blisko), by powiedzieć, że doskonała współpraca polsko-włoska może stanowić istotne uzupełnienie francusko-niemieckiej osi, jaka wytworzyła się w Unii. 
Polski premier, nagle dziwnie ożywiony, zabrał również głos w sprawie Węgier. Stwierdził, iż europejska ocena ostatnich posunięć Viktora Orbana jest „niepotrzebnie histeryczna”, a część reakcji „przesadzona i niesprawiedliwa”. Zapowiedział też, że jeśli Węgrzy o to poproszą, Polska udzieli im politycznego wsparcia. W ten sposób premier Donald Tusk po raz drugi w ubiegłym tygodniu boleśnie doświadczył entuzjastów. Mam poważne wątpliwości, czy komuś takiemu warto powierzać swój entuzjazm.

Premier zebrał za to kilka punktów za trzeźwość umysłu. Jak się wydaje, doszedł do wniosku, że w europejskich rozgrywkach niekoniecznie wygrywają ci, co wartko płyną z prądem. I że nie warto stawiać wszystkiego na jedną kartę. W oczach wyznawców PiS-u, nie mam złudzeń, nic to naszemu premierowi nie pomoże. Choć PiS-owcy też powinni być zadowoleni. Na tle histerii, w jaką wpada europejska lewica na widok Orbana, rządy Jarosława Kaczyńskiego w Polsce nie wyglądają tak, jak uparcie próbowano je przedstawiać – jako wielkie nieszczęście, łamanie standardów, naruszanie demokracji i tak dalej. Braciom Kaczyńskim, kiedy rządzili, daleko było do Orbana. Lewactwo grzmiało, ale nikomu rozsądnemu – histeryków nie liczę – nie przyszło do głowy, by wzywać Polskę na dywanik do Brukseli albo wszczynać przeciwko nam represyjne procedury. Skoro dzisiaj nawet premier Donald Tusk mówi, że nie ma potrzeby niepotrzebnie histeryzować w sprawie Orbana, tym bardziej nie było potrzeby histeryzować z powodu rządów Jarosława i prezydentury Lecha.
A entuzjaści? Entuzjaści bez zmian. Kontynuują swoje łamańce: wyalienowywują się z rozentuzjazmowanego tłumu. Nie zastanawiają się, co jest dobre, a co złe. Myślą tylko: Taka jest dzisiaj polityka Unii. Co możemy zrobić, żeby ją usprawiedliwić i jak możemy ją pochwalić?

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości