Reklama

Esencja wakacji

Upał był jak, nie przymierzając, na Patriarszych Prudach. Wąż niecierpliwych samochodów grzał się przed światłami. Świeżo położony asfalt parował z gorąca. Tylko patrzeć jak w rozrzedzonym powietrzu zamajaczy czarny kot albo Annuszka rozbije butelkę oleju, pomyślałem. Behemota ani Annuszki nie było. 
Ale COŚ było. Coś było niewątpliwie. Coś magicznego mną władało, otumaniło, owinęło mi głowę. Miałem znowu kilkanaście lat i wyraźnie czułem, że jestem na wakacjach. Tutaj? W służbowej delegacji? Na szosie między Węgrowem a Liwem? Wakacje? Gdzie? A jednak! Beztroska i obezwładniająca rzewność przelewały się w atmosferze. Dalekie, nieuchwytne...

Przede mną stała ciężarówka. Na skrzyni piętrzyły się drewniane bele. Brunatne, prawie czarne, przez dziesięciolecie nasiąknięte oliwą, moczem i smarami – podkłady kolejowe! To od nich bił ten narkotyczny zapach. Tak w dzieciństwie pachniały wszystkie wakacyjne stacje i dworce. To była esencja młodzieńczych podróży. Podróży do miejsc, gdzie kończą się tory – do Ustki, Kołobrzegu, Zwardonia, Krynicy, Zagórza, do Augustowa. W Augustowie tor się nie kończy, ale dla nas to była zawsze ostatnia stacja. Tylko raz pojechaliśmy dalej.

Słońce wstawało na łąkach pod Sajnem, potem jeszcze las, szosa na Sejny i już Augustów. Zdejmowaliśmy plecaki z półek i wyskakiwaliśmy na wąziutki, mokry od rosy peron. Dworzec z ciemnej cegły czekał na nas jak co roku. Przechodziliśmy kładką na Zatorze, czekając na pierwszy podmiejski autobus. Bochenek chleba i butelka mleka (szklana, zatkana korkiem ze srebrnej folii) w pierwszym otwartym sklepie na rynku. Dwie godziny czekania na pierwszy autobus na Rubcowo lub Rudawkę. Autobus był tylko do krótkich przejazdów. Ani szkolna, ani studencka legitymacja nie uprawniały do zniżkowych podróży PKS-em. Te długie, z krańca w kraniec, zawsze odbywały się koleją. Zawsze w tłoku.

Rytm kół na spojeniach szyn, gwizdy lokomotyw, „Piwo jasne, jasne piwo” – to była melodia pociągu. A brud był wszechobecny. Pociągi brudziły ręce i spodnie. Dworce pachniały ciężko, węglowym pyłem, metalem, smarem. I tym czymś nieuchwytnym, kolejowo-dworcowym, kolejarskim, czego esencja zachowała się w drewnianych belach podkładów. Zapach, może nawet, co tu kryć, zaduch albo wręcz smród. Żadna Europa.
Gdybym był bohaterem „Pachnidła”, sporządziłbym z tych kolejowych podkładów eliksir, wywar z zapomnianych eskapad. Ekstrakt dołączany gratis do „Podróży za jeden uśmiech”, „Wakacji z duchami” oraz „Pana Samochodzika i templariuszy”. Do „Hasta Mañana” zespołu ABBA, „Rivers of Babylon” Boney M i „Una paloma blanca” Demisa Roussosa.
Eliksir najszczęśliwszych wakacji, który nawet dzisiaj - wodziłby nas na pokuszenie.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości