Reklama

Fotoradary

Dyskusja o tym, gdzie są potrzebne, a gdzie zbytecznie i straszą kierowców, urosła do rangi krajowej sprawy politycznej. Przez fotoradary mają kłopoty nie tylko kierowcy jeżdżący zbyt szybko. Ma je także premier Donald Tusk. Czy są więc komuś potrzebne? Komu i do czego?

Jedni mówią, że to sprawa życia albo śmierci, bo jesteśmy fatalnymi kierowcami i jeszcze gorszymi obywatelami, którzy nie dorośli do wspólnego państwa i obowiązującego w nim prawa. Ponieważ nie umiemy (albo nie chcemy) tego prawa szanować, to trzeba użyć wobec nas „żółtego środka przymusu bezpośredniego” czyli radaru. Inni uważają, że wszystkie zapewnienia o poprawie bezpieczeństwa, to mydlenie oczu. W budżecie państwa jest spora dziura, którą założony, półtoramilionowy przychód z mandatów „fotoradarowych” ma w jakimś stopniu pokryć. Głoszący taką tezę mają argument nie do odrzucenia - dochody z mandatów wpisano do projektu budżetu państwa. W dodatku w kwocie ze trzy razy większej niż w poprzednich latach. No i jak tu wierzyć, że ustawiającym fotoradary chodzi o bezpieczeństwo użytkowników dróg, a nie o pieniądze z kieszeni kierowców przetransferowane do budżetu państwa?

Pół biedy, gdyby jeszcze kwoty z mandatów przeznaczono w budżecie państwa, bądź w budżecie dowolnego miasta na remonty i budowę dróg. Ale pieniądze wrzucone do wspólnej szkatuły, będą wydawane na wszystko. Być może na drogi również. A czy przypadkiem te „pieniądze radarowe”, zamiast łatania budżetu państwa, nie powinny w całości posłużyć do łatania, a jeszcze lepiej układania nowych i dobrych nawierzchni na drogach? Czy nie na miejscu jest postulat, by najpierw zbudować drogi, później zdiagnozować niebezpieczeństwa na nich panujące i poznać ich przyczyny, a gdyby okazało się, że jest nią przekraczanie prędkości, to wówczas należałoby zatrudniać monterów do ustawiania żółtych skrzynek z czułym obiektywem?

Z pewnością racje są też po stronie popierających proces instalowania fotoradarów na naszych drogach. Bo kierowcy popełniają jeden bardzo ciężki grzech - relatywizują niektóre przepisy prawa o ruchu drogowym. Ustalają sobie indywidualne zasady. To groźne zjawisko. Dla jednego bowiem dopuszczalną prędkością w obszarze zabudowanym będzie 60 km/h, a dla drugiego ograniczenie prędkości w pobliżu szkoły do 40 km/h, czy na ostrym zakręcie nawet do 30 km/h, będzie znaczyło, że spokojnie, i w swym mniemaniu, bezpiecznie, przemknie tamtędy z prędkością dwukrotnie wyższą od wymaganej.

O fotoradarach politycy rozmawiają więcej i ostrzej niż o kontrowersjach przy okazji reformy systemu emerytalnego. Chyba dlatego, że wykryli woltę polityczną Donalda Tuska, który „sprawę fotoradarów” mocno wytykał PiS-owi i jego ówczesnemu ministrowi transportu, Jerzemu Polaczkowi, jako nieuzasadnione łamanie swobód obywatelskich. Dziś dla uzasadnienia potrzeby zwiększenia liczby fotoradarów używa dawnej pisowskiej retoryki i argumentów identycznych, jak wypowiadane przez J. Polaczka. Czy ta wolta to gwóźdź do trumny liberalnego skrzydła PO?

Czekamy na Wasze opinie i komentarze w tej sprawie. Wskażcie nam miejsca, gdzie Waszym zdaniem radary są zbędne, a gdzie należałoby je ze względów bezpieczeństwa zainstalować. Być może wspólnie stworzymy mapę fotoradarów potrzebnych i niepotrzebnych, działających i nieczynnych, wystawionych przez kogoś, nie wiadomo w jakim celu. Do tematu wrócimy w jednym z najbliższych, papierowych wydań „TS”. (PGL)

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości