Był kucharzem, magazynierem i - jak żartuje - wykładowcą… Wykładał napoje gazowane i alkoholowe w markecie.
- Podobno pani kierownik mojego działu „napoje - alkohole” twierdziła, że do wygłupów jestem pierwszy, a do roboty ostatni. Chciałbym jej podziękować za te prorocze słowa - mówi dziś Igor Kwiatkowski, jeden z najbardziej rozpoznawalnych artystów kabaretowych w Polsce.
Dla szerokiej publiczności stał się „Mariolką” - postacią, która weszła do popkulturowego słownika Polaków. Jego talent do parodii i umiejętność wcielania się w skrajnie różne postacie od lat wywołuje nie tylko salwy śmiechu widzów, ale przynosi też ich trwałą sympatię. Najpierw w kabarecie Paranienormalni, a od kilku lat solo, nieprzerwanie udowadnia, że w kabarecie wciąż jest miejsce na świeże pomysły.
Pierwszy człowiek, który upiekł ciasto ze śliwkami dokonał czegoś twórczego. Podobnie jak pierwszy mężczyzna, który porównał kobietę do róży. Wszyscy następni byli tylko kontynuatorami. Kwiatkowski, odnosząc się do kwestii oryginalności w sztuce ( i na scenie kabaretowej) mówi: - Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłem w telewizji Marcina Dańca. To był monolog więźnia. Za każdym razem, gdy widzowie reagowali śmiechem, on z kamienną twarzą ich uciszał. Chwilami miałem wrażenie, że naprawdę jest tym więźniem. Kilka lat później zobaczyłem kabaret Ani Mru-Mru. To jak wyginał się Michał Wójcik w skeczu „Market”, było czymś niesamowitym. To moi polscy prekursorzy - przyznaje. Dodaje też, że byłoby dla niego zaszczytem, gdyby kiedyś ktoś powiedział, że i on dorzucił swój kamyczek do tego kabaretowego ogródka.
O sobie i kolegach z branży mówi: - Wiele osób w tym środowisku jest bardzo nieasertywnych w życiu prywatnym. To paradoks, że często ci, którzy na scenie bawią tłumy, prywatnie mają kłopot ze zwróceniem uwagi pani w mięsnym, żeby nie nakładała wędliny tą samą ręką, którą wydaje pieniądze.
Na pytanie, czy żartowanie z innych osób to ucieczka od własnych przywar, Igor odpowiada: - W Paranienormalnych często żartowaliśmy ze swoich „niedoskonałości” i „perfekcyjności”. Doskonale wiedzieliśmy, kto w naszym gronie jest przystojny, kto szczupły, a kto… po prostu sympatyczny.
Kabaretowa zasada, którą stosuje jest prosta: jeśli w skeczu ktoś dostaje po głowie, na końcu musi wygrać. - Publiczność uwielbia, kiedy słabszy wychodzi zwycięsko - konstatuje.
Artysta ma za sobą tysiące występów w Polsce i wśród Polonii. Właśnie za oceanem spotkał go jeden z bardziej zaskakujących gestów ze strony widzów. - Po występie w Chicago starsza pani podeszła pogratulować. Ściskając jej dłoń, poczułem zwitek - pięć dolarów. Nie chciałem przyjąć, ale nalegała. Potem dowiedziałem się, że to stary zwyczaj wśród Polonii - wspomina.
Julian Tuwim mówił: „Żyj tak, aby znajomym zrobiło się nudno, gdy umrzesz”. A Kwiatkowski? - Moje motto to: „Bądź tu i teraz”. Jestem podobno bardzo chaotyczną osobą, wiecznie gubiącą rzeczy i zmieniającą temat rozmowy bez uprzedzenia… Czasem brakuje mi spokoju i równowagi, więc staram się łapać te momenty, kiedy mogę być w pełni obecny - wyznaje.
14 września o godz. 19.00 Igor Kwiatkowski wystąpi w Hali ARMS w Siedlcach z programem „Introwertyk”.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze