Przez kilka dni koziołek sarny koczował na jednej z posesji przy ul. Cmentarnej w Siedlcach. Nie potrafił wrócić do środowiska, z którego, na swoje nieszczęście, przywędrował. Skandaliczne jest to, że poinformowane o jego obecności odpowiednie służby: Powiatowy Lekarz Weterynarii i Urząd Miasta, nie zrobiły dosłownie nic, aby zwierzęciu pomóc!
20 maja. Do Straży Miejskiej wpływa zgłoszenie, że na posesji przy ul. Cmentarnej przebywa sarna. Strażnicy sprawdzają, jednak nie udaje się im potwierdzić obecności zwierzęcia.
25 maja. Ponowne zgłoszenie. Tym razem strażnicy zauważyli koziołka sarny. Jest godzina 19.35. Dzwonią do Powiatowego Lekarza Weterynarii. Nie wiedzą, czy zwierzę jest zdrowe, czy chore, jak można mu pomóc. Czekają do godziny 21, ale nikt ze służb weterynaryjnych się nie pojawia.
- Powiedziano im tylko, że jest późna godzina, więc nic się nie da zrobić, że to dzikie zwierzę, które należy odłowić, ale podczas odławiania może ono paść – komendant Straży Miejskiej, Sławomir Garucki nie kryje irytacji. – Po godzinie 21 funkcjonariusze odeszli do innych wezwań.
26 maja. Komendant Straży Miejskiej pisemnie zawiadamia Urząd Miasta i Powiatowego Lekarza Weterynarii o pobycie dzikiego zwierzęcia na miejskiej posesji.
28 maja. Do redakcji dzwonią mieszkańcy:
- Kilka dni temu informowaliśmy o koziołku sarny w mieście. To zwierzę nadal tam przebywa, nikt nic nie robi!
Działanie na piśmie
Sarny to specyficzne zwierzęta. Są bardzo płochliwe. W silnym stresie potrafią po prostu umrzeć na serce. Zwierzę przebywające na posesji w mieście boi się odgłosów aut, szczekania psów, pokrzykiwań ludzi. Pewne jest jedno: koziołek na posesji stwarza zagrożenie dla siebie i innych. Jeśli w panice wyskoczy przez ogrodzenie na ulicę, trudno sobie wyobrazić skutki tej desperacji. Koziołkowi trzeba pomóc.
Tymczasem w Siedlcach pomoc wyglądała następująco: lekarz powiatowy wysłał pismo do związku łowieckiego, dołączając ksero służbowej notatki Straży Miejskiej.
- Nie wiem, dlaczego to pismo do nas wpłynęło i czego od nas oczekiwano – rozkłada ręce Adam Wróblewski, szef związku łowieckiego. – Nie możemy odławiać żadnego zwierzęcia w mieście. Problem dzikich zwierząt w mieście jest problemem prezydenta.
W siedleckim Urzędzie Miasta rozmawiam z pracownikiem referatu ochrony środowiska:
- Muszę się z tym pismem zapoznać – informuje urzędnik.
Tyle ma do powiedzenia. Gdy pytam, czy mogę zadzwonić za godzinę, by dowiedzieć się, jaka zapadła decyzja, urzędnik wpada w panikę.
- Za godzinę?! Proszę zadzwonić gdzieś tak po południu!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!