Reklama

Mają swoją opowieść

Do Norwegii nie jedzie się, by na miejscu zapoznać się z bieżącą sytuacją polityczną. Sytuacja polityczna, zwłaszcza sytuacja bieżąca, wydaje się w ogóle nie mieć do tego kraju przystępu. Człowiek mija Oslo, głowa mu się kręci dookoła z zachwytu, ale, do licha, nie za parlamentem i urzędami się ogląda. Dość ma wokół zórz polarnych, malowanych wrzosowiskami płaskowyżów, lodowców, jezior, łososi w głębinach i fiordów. (- Byłeś w Norwegii? – Byłem. - A fiordy widziałeś? – Chłopie, fiordy to mi, z ręki jadły!) Dość piękna, by nie zawracać sobie głowy takimi pierdołami, jak polityka.  
W Szwecji, owszem, spotkaliśmy kandydata do parlamentu (podrzucił nas swoim volvo), który przez godzinę wykładał nam, że Szwecja schodzi na psy przez socjalizm i takie tam. Zupełnie mu nie przeszkadzało, że jesteśmy obcokrajowcami.

Spędziłem w Norwegii kilka pracowitych miesięcy. Dawno to było, prawda, ale do dziś tęsknię. Jedyni obcokrajowcy, jakich wtedy widziałem, to Turcy (a może Arabowie?) sprzedający wieczorami róże na ulicach Oslo. W tej porze, gdy zakochane pary krążą między knajpkami i stoją w długich kolejkach, czekając na wejście do znanego lokalu, gdy Oslo (zwane kiedyś Christianią) drży z zimna, udając, że jest miastem południa – Rzymem, Madrytem albo Marsylią.
Do czego zmierzam? Tak, oczywiście, do Andersa Breivika i jego obłędnego planu, który najpierw wstrząsnął, a potem zadziwił świat. Zainteresuj się polityką, zanim polityka zainteresuje się tobą – radzą urodzeni demokraci. Norwegów dopadło to nagle, jak grom z jasnego nieba. Czy naprawdę niczego się nie spodziewali, wierząc, że żyją w najlepszym, najbogatszym i najszczęśliwszym kraju na świecie? A może sami, chowając głowę w piasek, przyczynili się do swojego nieszczęścia?       

„Dyskusja o imigracji, jaka toczy się w Norwegii w sferze publicznej, jest w jakiejś mierze „zakneblowana” – przyznała w rozmowie w „Tygodniku Powszechnym” prof. Nina Witoszek-Fitzpatrick, historyk kultury z uniwersytetu  w Oslo. – „Bo chociaż dyskusja o wielokulturowości jest, owszem, bardzo żywa, wręcz wibrująca, to niemal nie pojawiają się w niej głosy, pod którymi podpisałyby się wcale niemałe grupy społeczne. Uważa się, że one nie powinny się pojawiać, gdyż są to głosy postrzegane jako skrajne, a tymczasem jest to np. głos białego taksówkarza czy robotnika, który nawet nie pisuje listów do gazet. Natomiast to, co uprawia się w gazetach, to intelektualne wymiany między elokwentnymi przedstawicielami mniejszości a postępową elitą. W efekcie do głosu nie jest dopuszczona cała warstwa ludzi”.

Czas przeskoczyć na polskie poletko. „Wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść” – radzi „Dezyderata”. Niegłupia rada. „Inni” to nie tylko niepełnosprawni, geje, lesbijki, mniejszości religijne. To również ci, którzy uparcie stali pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, ci, którzy do dzisiaj noszą tam namiot-parasol. I ci, którzy do późnej nocy oglądali w telewizji program Jana Pospieszalskiego. Zamiast tępić, warto się czasami przymusić i posłuchać. Może dzięki temu uda się kiedyś uniknąć dużego nieszczęścia. Oni też mają swoją opowieść.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości