Reklama

Marzenia są po to, by je spełniać+film

Michał Składanowski, architekt z Mińska Maz. był w grupie 11 polskich żeglarzy, którzy jako jedni z nielicznych na świecie przed rokiem szczęśliwie dopłynęli na Morze Weddella (Antarktyda). Rejs trwał od 12 stycznia do 9 lutego 2011 r. Żeglarze przepłynęli 2285 mil morskich.

Dzisiaj, kiedy minął rok od tej ekspedycji, Michał Składanowski  ze spokojem opowiada, jak na 20-metrowej „Selmie” musieli się zmieścić w 11 osób i  współpracować na pokładzie. Ich przestrzenią do życia przez ponad miesiąc był plac wielkości 4 na 3 metry. Podczas rejsu, jak policzył, zdarzyło się  ponad 10 sytuacji, kiedy powinni byli zginąć. Umówili się, że jeżeli ktoś wypadnie za burtę, a ratowanie będzie zagrażać załodze, nie wracają po rozbitka. Kilka razy zderzyli się z górą lodową. Przeżyli sztorm  13 w Skali Beauforta. Musieli sobie poradzić, gdy pękła na jachcie lina, naciągająca maszt.

Dwa miejsca wolne
Załoga dobierała się na ten rejs przez 2 lata. Na krótko przez wypłynięciem zwolniły się dwa miejsca i jedno z nich zajął Michał Składanowski. Wcześniej jako chłopiec pływał z ojcem na jachtach na Mazurach. Był członkiem załogi Pogoria. Marzył, by kiedyś opłynąć Przylądek Horn
– słynny, tragiczny, uważany za świętą skałę dla żeglarzy. Tu  tonie najwięcej jednostek w ciągu tygodnia. – Na dwa tygodnie przed naszym rejsem – mówi Michał Składanowski – rozbił się jacht „Nashachata” (Nasza chata), kończący  rejs dookoła świata. Trasa ostatniego etapu wiodła wokół przylądka Horn. Zginęli kapitan i pierwszy oficer. Oni także mieli opłynąć ten słynny przylądek i podążyć dalej aż do Morza Weddella.
Dzisiaj może już mówić, że opłynięcie Hornu to nic niezwykłego. Dokonało tego 980 Polaków. Jednak na Morze Weddella dopłynęło na jachcie tylko 80 osób i żaden Polak, a co dopiero mówić o jachcie pod polską banderą. W rejs wyruszyli z Ushuaia (port w Argentynie). Zaopatrzyli się w: wodę, jedzenie i paliwo. Wiedzieli, że po raz ostatni biorą też ciepły prysznic, bo tego luksusu na jachcie już nie będzie. – Kolejny ciepły prysznic mieliśmy dopiero na polskiej Stacji Naukowej Arctowskiego na Szetlandach Południowych
– wspomina. – Przeżyłem  miesiąc bez kąpieli. Kładliśmy się spać w mokrych ubraniach do śpiwora. Wysychaliśmy podczas snu i potem po wyjściu na pokład pierwsza fala i znowu mokre ubrania. Mimo takich warunków nikt z nas nie zachorował.

Pościg za czasem
Na dopłynięcie do celu mieli ściśle określony czas. Ograniczała ich ilość posiadanego paliwa i jedzenia. Nikt nawet nie przewidywał, co po drodze może się zdarzyć. Jedno wszak było pewne: w razie katastrofy nikt nie ratuje jachtu, bo jest to zbyt drogie. Sprzęt idzie na dno. Ubezpieczenie pokrywa tylko koszt ratowania ludzi. Temperatura na zewnątrz, ta odczuwalna, sięgała minus 65 stopni.
Na jachcie prowadzili normalną stołówkę. Mieli polski zafoliowany chleb, kiełbasę, kiszone ogórki, wołowinę i kartofle. Jednak najwięcej zużyli torebek z czarną herbatą. Po drodze płynęły na nich lodowe góry. – Tylko ósma część takiej lodowej góry wystaje nad wodą – wyjaśnia M. Składanowski – reszta lodowca jest pod wodą.
Z sentymentem wspomina czas, kiedy płynęli na Deception Island, wyspę na której jest wielki uśpiony krater wulkaniczny, którego powierzchnia wynosi około 10 na 12 kilometrów. Wewnątrz niego, kiedy tam wpłynęli zobaczyli nieczynną już stację wielorybniczą. Widok, który zastali to ruiny i pozostałość wielkich pieców, w których wielorybnicy wytapiali tran. Były jakieś instalacje, porzucone łodzie. – Mijaliśmy po drodze miejsca, gdzie człowiek jeszcze nogi nie postawił – mówi. –  Widzieliśmy ogromne ilości skamielin, kości dinozaurów, skamieniałe lasy. 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości