Reklama

Miasteczko z gwiazdą

Chciałbym zobaczyć ją w zamieci, w wirze śnieżnych płatków. Błyszczącą blado w bezkresnym dzwonie śnieżycy. Ale jeśli w Prowansji śnieg czasami pada, to nie dla kaprysu, zwłaszcza w środku lata. Był sierpień i niebo stało białe od żaru. Podniosłem głowę i zobaczyłem ją, nagłą jak w zakończeniu wiersza Brodskiego - gwiazdę.

Podróż nie zaczyna się wtedy, gdy ruszamy z miejsca, które jest miejscem naszego stałego zakwaterowania. Ani nie kończy się, kiedy wracamy. Początkiem podróży są marzenia, oczekiwanie, chwile spędzone nad mapą, nasze lektury i plany. I trwa ona w nas jeszcze długo potem, gdy wróciliśmy do domu.
Zaparkowaliśmy w zdziczałym oliwnym ogrodzie. Wolnych miejsc w cieniu nie było. Stroma dróżka prowadziła pod górę i zatrzymywaliśmy się kilka razy dla złapania tchu. Ostatni raz przy fontannie – wodopoju, z którego tryskała chłodna, orzeźwiająca woda. Wąziutkie brukowane uliczki biegły we wszystkie strony, to piętrzyły się w górę, to spadały w dół. Kamienne domy z kolorowymi okiennicami wyrastały nad dachówkami innych domów. Gotycki kościół zapraszał mrocznym chłodem wnętrza. Sklepowe wystawy błyszczały bielą ręcznie malowanej porcelany. Właśnie z niej słynęło miasteczko Moustiers-Ste-Marie. Nazwa, jak prawie wszystkie pomniejsze miejscowości Prowansji, zupełnie nie do zapamiętania. Środkiem tej architektonicznej fantazji, urbanistycznej bajki płynął wąską gardzielą potok, grzmiąc na kamieniach wodospadami. Wypadał z głębokiego wąwozu, którego wejścia strzegły dwie stromo wypiętrzone masywne skały. Między nimi wysoko, wysoko nad ziemią wisiała złota gwiazda.

– Legenda głosi, że w okresie krucjat rycerz Blacas d’Aups trafił w Ziemi Świętej do niewoli. Przysiągł, że jeśli szczęśliwie wróci do domu, na łańcuchu rozciągniętym między dwoma urwiskami nad rodzinną miejscowością zawiesi gwiazdę – przeczytaliśmy w przewodniku. Łańcuch, na którym zawieszono gwiazdę, ma 227 metrów. Co kilkadziesiąt albo kilkaset lat cała konstrukcja oczywiście, zmęczenie materiału, obrywa się. Wtedy mieszkańcy wieszają gwiazdę na nowo. 

Zapobiegliwie schowałem sobie ten widok, tę wakacyjną upalną chwilę, kiedy stoimy pośrodku placu obok straganu z czekoladowymi naleśnikami i, mrużąc oczy, zadzieramy wysoko głowy. Nie licząc lawendowego syropu, to był dobry dzień. W chłodniejszej, przedświątecznej, choinkowej porze wysupłuję go dzisiaj ze żmutu sierpniowych wspomnień. Bo czy z wyprawy do Ziemi Świętej warto przywieźć inną gwiazdę niż betlejemska? W promocji dokładam zakończenie ulubionego bożonarodzeniowego wiersza Josifa Brodskiego:

 (…) gdy w drzwiach twoich, otwartych w połowie,
    z mgły i przeciągu i mroku gęstego
postać wyłania się, w chuście na głowie,
    wtedy i Dziecię, i Ducha Świętego
całym swym wnętrzem otulasz jak gniazdem;
    spoglądasz w niebo – i widzisz ją: gwiazdę.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości