„I tak miło było p…olić ubecję” – mówi, prosto, po robociarsku, jeden z młodych bohaterów „80 milionów” Waldemara Krzystka. Wulgarnie i dwuznacznie, ale w zupełności w konwencji filmu, w którym realizm miesza się z absurdem, a fakty nabierają znaczenia symboli. To piękna historia. Tym piękniejsza, że całkiem prawdziwa. W paru miejscach ekranowo podkręcona, ale podkręcona bez przesady. PRL był dostatecznie absurdalny, by trzeba było mu dopisywać nadmierne fabuły. Skarbnik i członek zarządu legalnej organizacji – NSZZ Solidarność Region Dolny Śląsk – udają się do banku, żeby wypłacić z konta pieniądze. Dlaczego robią to tak, jakby chcieli na ten bank napaść? I dlaczego władza ściga ich tak zajadle, jakby naprawdę na ten bank napadli i zrabowali pieniądze, jakby ukradli cudze, a nie pobrali własne?
Tuż przed stanem wojennym działacze z dolnośląskiej „Solidarności” naprawdę wyjęli z banku 80 milionów złotych. I faktycznie nie na żarty wkurzyli tym komunistów. Warstwa historyczna jest więc bez zarzutu. Patrzcie, patrzcie młodzi… – chciałoby się zawołać. Patrzcie tym bardziej, że po dwóch dziesięcioleciach, z takimi filmami jak „Popiełuszko” czy „Czarny czwartek”, coś się zaczyna w polskim filmie zmieniać. Kino znowu potrafi pokazać ludzi „Solidarności” tak, jak wtedy, kiedy powstawały „Człowiek z żelaza” i „Śmierć jak kromka chleba”
– Oszczędzając szyderstwa i drwin. Skończyła się, zapoczątkowana „Psami”, moda na opowieści o dobrych ubekach. Przez lata „Solidarność” w polskim filmie nadawała się tylko do obśmiania. Dla bohaterów Panny S zarezerwowano role żałosnych nieudaczników, bez końca powołujących się na swoje styropianowe tradycje, albo – jak w „Uprowadzeniu Agaty”, żałośnie trwoniących dawne zasługi, nadużywając przywilejów bardziej niż komuchy. A tu proszę, u Krzystka taka odmiana… Solidarność w „80 milionach” znowu jest fajna, młoda i ma najładniejsze dziewczyny. Znowu porywa – wspomagana wiarusami z AK – i jest krok do przodu, przed wściekłymi z bezsilności esbekami. Miło popatrzeć.
Tym bardziej miło, że oprócz wielkiej historii są w „80 milionach” także urocze drobiazgi. Drobne realia, o których zapomnieliśmy, a które, drobiazgowo w zrekonstruowane, po dziesięcioleciach do nas wracają. Nie chodzi tylko o ulice, na których maluchy mijają się z dużymi fiatami i czasami mignie wartburg. Ile na tych ulicach było miejsca! Mnie przypomniało się mleko butelce z kapslem ze srebrnej blaszki. Kiedy zniknęło? Dzisiaj i tak nie miałoby szans. Nie przeszłoby kontroli zwykłego sanepidu, o standardach Unii Europejskiej nie wspominając. „Solidarność”, dla młodszych NZS, to i tak była najpiękniejsza polityczna przygoda życia. Barwniejszej, miejmy nadzieję, mieć nie będziemy.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!