Wściekłam się. Jak rzadko. Zwolniłam się z pracy na moment, na tyle, żeby pojechać do lekarza na umówioną 4 miesiące temu na konkretną godzinę wizytę. Myślałam - wejdę, wyjdę i wrócę - możliwie jak najszybciej. I wróciłam - tylko „trochę” później…
Pracuję w firmie, która nie ma swojego parkingu ani wykupionych miejsc parkingowych. Parkujemy zatem w bliższej lub dalszej okolicy - na miejscach parkingowych publicznych i osiedlowych.
Moja ulubiona „miejscówka” znajduje się jakiś kilometr od budynku firmy. Daleko? Nie narzekam, mieszkam przecież kilka kilometrów stąd. Upatrzyłam ją sobie jakiś czas temu. Zagospodarowany przez samochody dawny trawnik z pozostałościami po dziurach, wyrwach, wzgórkach i pagórkach ma ten plus - że na 5 miejsc parkingowych ZAWSZE jest tam choćby jedno wolne.
W trosce o to „wypożyczane na godziny” miejsce - gdy spadł śnieg - razem z „Tubylcami” - czyt. mieszkańcami bloku obok, którzy również stawiają tu swoje auta, łopatowałam zaspy, ubijałam na gromadki poodbijany lód i formowałam elegancki wyjazd dla innych pojazdów.
Raz zagadał do mnie mieszkaniec bloku, który w ramach samopomocy sąsiedzkiej uprzątnął śnieg nie tylko wokół swojego, ale i mojego auta. - Pani tu mieszka? - zapytał. - Nie, pracuję - odpowiedziałam. - I pani sprząta?!! - nie dowierzał i mi, i sobie. - A czemu nie??? - odparłam. Innym razem pracownicy PUK-u, którzy wjechali w przyparkingową kociołbowatą uliczkę ze swoim sprzętem, poradzili, jak szybko uruchomić zamarznięty i zasypany samochód. Było miło, grzecznie, kolektywnie.
W ubiegłym tygodniu jednak tylko wysiadłam z samochodu, od razu zostałam „zastrzelona”. Młoda „Tubylczyni” bez auta, za to z wyraźnymi muchami w nosie, najpierw się przywitała, a zaraz potem dodała: „Kiedyś tu była tabliczka „Parking tylko dla mieszkańców bloku”, znowu będziemy o nią walczyć. Nie może tak być, że mieszkańcy nie mają gdzie parkować samochodów!”.
Nic nie odpowiedziałam. Zastanowiło mnie natomiast, o co tak naprawdę chodziło tej kobiecie. Czy o to, że mam pracę, a ona ewidentnie siedzi w domu? Czy może o to, że ona (czyt. raczej jej mąż) ma samochód i ja, jak na złość, też go mam? Bo chyba nie o ten kawałek „parkingu” z jak zwykle wolnymi miejscami?
Zakładam, że większość „Tubylców” - amatorów bezcennego miejsca parkingowego - pracuje w podobnych godzinach co ja. Czyli gdy ja staję na „ich” miejscu, oni też stoją na „czyimś”, bo przecież swoje zostawili pod domem. A co, jeśli pracują na nocną zmianę? Wtedy tym bardziej wracają z niej na swój parking, zanim ja wyruszę do pracy.
Spotkanie z „Tubylczynią” zraziło mnie lekko - nie tyle do zajmowanej miejscówki, ile do ludzi. Jak się okazało, było preludium do kolejnej niespodzianki.
Nie dojechałam dziś do lekarza na czas. Gdy chciałam odpalić moje autko, okazało się, że jest zastawione przez zaparkowany prostopadle do niego samochód z rejestracją, zaczynającą się od liter WSI.
Do pracy wróciłam po blisko 3 godzinach.
Nie jestem uprzedzona do mieszkańców podsiedleckich miejscowości. Po prostu kilka sytuacji ekstremalnych, typu: zajechanie drogi, wyprzedzanie na trzeciego lub niewłączenie kierunkowskazu przy skręcaniu - zazwyczaj - dziwnym trafem - przytrafiło mi się, przy bliskim spotkaniu z autem z rejestracją WSI.
Dlatego nie odmówiłam sobie teraz przyjemności zaznaczenia tego „szczegółu”.
Między autem moim a tym „niefortunnie” zaparkowanym krążyłam wściekła 40 minut. Mężczyzna, który wsiadał do zaparkowanego nieopodal auta, powiedział, że jak tu przyjechał kilkanaście minut temu, to ten samochód już stał. Zadzwoniłam po Straż Miejską. Ku mojemu zdziwieniu, osoba, która odebrała telefon, gdy tylko podałam nazwę ulicy, od razu zgadła numer przyparkingowego bloku.
Właścicielka auta - na jej szczęście - zjawiła się szybciej niż strażnicy. Na moje gorzkie słowa o umówionej wizycie lekarskiej i powiadomionej Straży Miejskiej zareagowała pretensją, że niby gdzie miała zaparkować, jak przyjechała do rodziny z wizytą? A skoro wyszłam z pracy, to znaczy, że tu nie mieszkam, czyli to nie jest mój parking, więc zastawienie samochodu należało mi się jak psu gnat. A tak w ogóle to o co mi się rozchodzi, przecież co kilka minut wyglądała przez okno i nikogo nie było?!!
Cóż… Albo jestem nikt, albo, sama o tym nie wiedząc, wystroiłam się dzisiaj w czapkę-niewidkę.
Pani, która odpaliła swoje WSI auto w tempie błyskawicznym, nie zdążyłam powiedzieć, że mieszkam na osiedlu, na którym jest więcej aut niż miejsc parkingowych. Jeśli do godziny 18.00 nie zaparkuję w pobliżu mojego bloku, to później mogę już albo liczyć na łut szczęścia, albo na własną przedsiębiorczość, która mobilizuje mnie do szukania miejsca dla auta na drugim końcu osiedla. I co? I nie jest to dla mnie problemem, szanowna pani.
Nigdy nie zrobiłam z tego powodu awantury ani osobom, które przyjechały do kogoś w gości, ani tym, które zajechały pod mój blok autem firmowym tuż po zakończonej pracy. Dopóki bowiem nie ma wypisanego wołami na żadnym miejscu parkingowym numeru rejestracyjnego auta - dopóty jest to nasz wspólny, a nie tylko mój parking.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!