I znowu przyszła wichura. Jeszcze jedna tej zbyt długiej, nadmiernej jesieni. jesieni, która wyszła z siebie i z rozpędu stała się już przedwczesną wiosną. Zanim nadejdzie zimowe intermedium, sięgnijmy do kronik pogody, w katalogu przyrodniczych anomalii zapiszmy to wietrzne apogeum.
Na krańcu ziemi ktoś nie domknął drzwi, wybił dziurę w ścianie wszechświata albo ustawił w niebie gigantyczny wentylator. Kontynentalny przeciąg pustoszy Europę. Wichura sprawnie jak sportowy peugeot mija Sekwanę, z szybkością mercedesa przeskakuje Ren i Odrę, rzężąc jak dziesięcioletni maluch wpada w trzciny nad Liwcem. Nie trzeba być żeglarzem, by spostrzec, że wiatr nie dba o pozory i jest - jak najbardziej - rzeczywisty. Korony drzew kornie pochylają się na wschód. Prostują karki i kłaniają się znowu.
Wieje od trzech dni i świat układa się w poziome pasma. Wicher przeorał chmury z zachodu na wschód równymi, sinymi bruzdami, skiba za skibą. Tylko przyziemna, kanciasta materia - prostopadłościany bloków, sześciany domów, płoty, kratownice, trójkąty znaków, tablice - stawia zaciekły opór w okopach gruntu i zmusza europejski orkan do wysiłku. Stąd biorą się te wietrzne łamańce, miejskie labirynty, uliczne korytarze. Repertuar szeroki, jak zapomniane imiona bałtyckich wodolotów: Poświst, Poszum i Podmuch. Nad nimi głównodowodzący - kapral Wichura.
Lepiej nie być: niedomkniętymi drzwiami, źle przytwierdzonym strzępem blachy, luźną rynną, reklamą sklepu, czymkolwiek, co ma w sobie siłę nośną i ochotę do powietrznej przygody. Przedmioty poddane na co dzień monotonnej sile ciążenia, nagle odnajdują wściekłą radość lotu. Parasole są bezbronne i zbyteczne. Deszcz pada poziomo i smakuje jak gęsta mgła.
A potem jest noc i za czarnym oknem są tylko dźwięki. Szyby trzeszczą pod naporem spiętrzonego powietrza. W kominach i szybach wentylacyjnych gwiżdżą i pohukują pisklęta wichury, nienasycone gardłują do rana. Wszystko przez te izobary zebrane w ciasny pęczek na mapach pogody. Rządzą żywioły, więc w medialnym porządku synoptycy wędrują na początek zdarzeń, przed polityków. Tłumaczą cierpliwie: różnica ciśnień jest zbyt wielka, świat nie znosi próżni i dąży do równowagi. Bezpieczniej nie być na polu. Cieplej w domu, tej wygodnej kieszeni
w płaszczu wichury.
Nad ranem umyty, przewiany świat wraca do życia. Kałuże błyszczą
w słońcu. Powietrze pachnie wiatrem z delikatną nutą dymu. Dzień jest jasny i pogodny, wzrok sięga daleko. Lecz nie tak daleko jak wywiało Elizę.
Dariusz Kuziak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!