Byliśmy na samym szczycie europejskiej wieży Babel, w samym środku wielkiego pomieszania języków (z tłumaczami opłacanymi jak bonzowie mafii), byliśmy w luksusowym wnętrzu wypasionej jak piłkarski stadion babilońskiej wszetecznicy. Cały dzień jechaliśmy przez połacie kontynentalnych nizin, by dotrzeć, prowincjonalni dziennikarze z dalekiego Mazowsza, do miejsca, gdzie rozstrzygają się losy świata; gdzie przesądza się o dopuszczalnej krzywiźnie bananów, reguluje rozmiar ogórków i decyduje, czy ślimak może być rybą.
Kto nie zgasł po drodze, znudzony na śmierć bezdrożami niemieckich autostrad, ten dojechał do bram niebieskich. Byliśmy w Brukseli, w Parlamencie Europejskim. Obrady prowadził Jerzy Buzek. Jego biała głowa wydawała się z daleka, w świetle lamp, jeszcze jaśniejsza niż w telewizji. Czekaliśmy na ważne słowa o solidarności, subsydiarności, kompatybilności oraz strukturach agrarnych. Czekaliśmy, aż rozedrze się zasłona i wyświetlą się przyszłe losy Europejczyków. Aż tu nagle… pierdut.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!