Za komuny porządek był. Syberyjski wyż rozstrzygał sprawę. Gdy przyszedł i stanął, to nic nie miało prawa drgnąć. Całymi tygodniami pogoda była jak drut. Stalowy drut. Słońce wschodziło i nie ważyło się pierzchnąć z nieba, póki nie obejrzało wieczornego dziennika z radosną prognozą, że jutro będzie dokładnie tak samo: pust wsiegda budiet sonce, pust wsiegda budiet nieba… A teraz? W jeden dzień można praktycznie przerobić podręcznik meteorologii: poranna mgła, błękitny wyż, nieśmiałe cumulusy, wypiętrzone nimbusy, ulewa, trąba powietrzna, tropikalny cyklon, gradobicie, a pięć minut później, jakby nigdy nic, niewinne słoneczko. Komu chałupy nie zabrało – podkoszulka, luzik i na rowerek.
Mniej fartowni niech czekają na kolegów z telewizji. Kiedy przyjadą z kamerą, trzeba powiedzieć, że czegoś takiego w życiu się nie widziało i że drzewa łamały się jak zapałki. O więcej nie będą pytać, wyjadą zadowoleni. Takie są teraz pospieszne czasy. Największe tragedie muszą się streszczać.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!