Reklama

Szaleńcza jazda

Ostatnimi czasy PKS-y redukują swoje nierentowne kursy. Wykorzystują to prywatni przewoźnicy. Oferują przejazd nie tylko tańszy, ale także w miejsca, gdzie nie jeżdżą autobusy. Tylko czy taka propozycja jest bezpieczna dla pasażera?

Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że prywatna firma rządzi się swoimi prawami. Pracownicy firmy przewozowej z Mordów przekonali się o tym na własnej skórze.
- Jedyne, co się liczy dla naszego szefa, to zysk. Instytucje, które mogłyby przerwać ten proceder, bagatelizują problem. Dlaczego wszyscy mają w nosie to, że busy jeżdżą z niedozwoloną prędkością i są przepełnione? – pyta pan Tomek, pracujący w firmie przewozowej.

Pan Tomek i pan Łukasz, który jest już byłym pracownikiem firmy przewozowej, postanowili przerwać zmowę milczenia. Poinformowali o nieprawidłowościach Państwową Inspekcję Pracy i naczelnika Izby Skarbowej w Warszawie. Alarmowali też w Wojewódzkiej Inspekcji Transportu. Bezskutecznie.

- Media są chyba naszą ostatnią deską ratunku. PIP owszem przeprowadził kontrolę, ale zza biurka. Nikt nie pofatygował się, by sprawdzić stan faktyczny. Nasz szef biegał do PIP z dokumentami. Wszystko wyszło OK, bo w papierach jest zupełnie co innego niż w rzeczywistości. Niby mamy pomieszczenie socjalne, które właściciel wynajmuje od innej firmy. Szef pokazał inspektorce z PIP faktury na zakup wody, herbaty etc. To bzdura! Inspektorka stwierdziła, że wszystko jest OK, tylko na podstawie umowy o najem i faktur za zakupioną herbatę, wodę czy kawę. Nie była, nie widziała, nie przesłuchała ani jednego byłego czy obecnego pracownika, choć miała ich namiary. To nonsens – mówi pan Łukasz.

Panowie skarżą się, że pracują po 12, czy 13 godzin dziennie i za cały miesiąc otrzymują netto około 2 tys. zł. - A w umowie jest wpisywana najniższa płaca krajowa brutto. Pracujemy w soboty, choć nie ma tego w umowie. Szef wykazał w dokumentach, że wtedy pracuje jego brat. To nieprawda – dodaje pan Tomek.

Kiepskie warunki pracy to nie jedyny kłopot w firmie transportowej. - Bezpieczeństwo jest na drugim planie. Zmusza się nas, byśmy pędzili jak szaleni. Proszę, tu są tarcze. Pokazują, że czas pracy jest inny niż w umowach i że przekraczamy dozwoloną prędkość. Pracodawca zmusza nas, byśmy dojechali z Siedlec do Mordów w 25 minut. Do tego trzeba się zatrzymywać na przystankach. To wręcz niemożliwe. Zanim wyjedziemy z miasta na trasę, przebijając się przez korki, musimy zatrzymywać się na przystankach na około 2-3 minuty. Więc jak to możliwe, by 20 km pokonać w te 25 minut? - pyta pan Tomek. (...)

Film otrzymaliśmy od naszego internauty


Dokończenie w papierowym i e-wydaniu "TS".

> Więcej komentarzy na ten temat również w artykule Zgłoś autokar do kontroli

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama