Mniej więcej wtedy, kiedy runęła żelazna kurtyna i granice przestały być problemem, w okolicy uniwersyteckiego wydziału stosunków międzynarodowych oraz akademika na Jelonkach pojawili się Marcela i Fernando
z Buenos Aires. Fernando nawet u nas, to znaczy u mnie i u Vijaya, przez kilka dni waletował (po naszym koledze pół-Węgrze było akurat wolne łóżko). A z Marcelą pojechaliśmy na narty.
Pojechaliśmy, ale sobie nie pojeździliśmy. Choć był grudzień i Warszawa tonęła w śniegu, w Beskidach nie było go wcale. Tu i tam leżały jakieś brudne resztki. Dolinę wypełniała szara chmura – mokra mgła zmieszana ze smogiem. Na narty nie było szans. Maciek z Vijayem pobiegli szukać kwater na Sylwestra. Marcela i ja wjechaliśmy kolejką na Skrzyczne. Na górze błysnęło słońce. Właśnie wtedy dowiedziałem się, że Buenos Aires znaczy dosłownie „dobre powietrze”.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!