Euro coraz bliżej, a ja – strach przyznać – nie mam pojęcia, co robić. Zakładać odświętne, kościółkowe spodnie, kupować biało–czerwony szalik i sadzić się jak na narodową fiestę. Czy też przeciwnie, szykować się na wielką sromotę i nieutuloną szkodę. Nie mam miny na tę sytuację. Kompletnie.
Stadiony gotowe, ale żadna autostrada ani droga ekspresowa – nie została ukończona. To znaczy została ukończona, ale nie całkiem. Ukończona, ale w 85 procentach. Kiedy słyszę takie uspokajające wyliczenia ekspertów – że nie jest tak źle, bo 85 procent zrobione jednak – przypomina mi się, jak w Kabarecie Tey kierownik sklepu przekonywał sepleniącego Bolka, by nie szerzył defetyzmu. Bolek: – Towaru nie będzie, traktor się zepsuł. Kierownik: – Nie traktor się zepsuł, tylko koło się zepsuło. Bolek: – Jak koło jest zepsute, to cały traktor jest... Kierownik: Przestań szerzyć defetyzm. Ile traktor ma kół? Bolek: – Cztery. Kierownik: – Ile jest zepsutych? Bolek: – Jedno. Kierownik: – To ile jest dobrych? Bolek: – Trzy. Kierownik: – To nie można powiedzieć, że trzy są dobre?! Można, można i trzeba tak powiedzieć: trzy koła są dobre. Nie wstydźmy się tego, wiele się nam udało. A jeszcze więcej uda się po Euro. To, co Laskowik ze Smoleniem i Schuberthem w Kabarecie Tey w latach 70. obśmiewali, to się nazywało propaganda sukcesu. Chyba nie bez powodu mi się przypomniało. Aby głębiej rozeznać się w nastrojach, zajrzałem do felietonu sprzed pięciu lat, napisanego na okoliczność przyznania Polsce i Ukrainie organizacji Euro 2012. Przypomnijmy sobie tamten okrutny czas: kwiecień 2007: w kraju terror, intelektualiści w podziemiu, apogeum epoki błędów i wypaczeń kaczyzmu. I w takim niesławnym okresie spada na Polskę europejski zaszczyt. Jak było wtedy?
Gdy UEFA ogłosiła swoją decyzję o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw, na forum internetowym przeczytałem złowróżbny, pełen paniki komentarz: „To będzie największa katastrofa w historii futbolu!”. Prognozy i nastroje były więc podzielone: z jednej strony radość, zdzieranie gardeł i machanie flagami do kompletnego wyłopotania; z drugiej – strach, by nie dać kontynentalnej plamy” – odnotowałem. I można powiedzieć, przez pięć lat nic się nie zmieniło. Impreza za trzy tygodnie, a my dalej w niepewności. Euforia czy klęska? Klapa czy święto? Muszę przyznać, że byłem niepoprawnym optymistą. Pisałem: „Nie mamy stadionów? To wspaniale! Wybudujemy stadiony! Nie mamy autostrad? Świetnie! Jest okazja, żeby powstały! Brakuje nam hoteli? Co za szczęście! Już rosną akcje na giełdzie”. Nie przewidziałem, że firmy, które będą budowały autostrady, zamiast zarobić, pójdą z torbami. Żaden tam ze mnie prorok. Najwyższa pora zapomnieć o stadionach, hotelach, liniach kolejowych, drogach i autostradach (w 85 procentach gotowych). Za trzy tygodnie nie będą miały żadnego znaczenia. Od 8 czerwca liczyć się będą tylko nogi. Nogi naszych piłkarzy. Nogi i czasami główka.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!