Reklama

22 stycznia 1863 w Siedlcach

Spotkali się pod cmentarzem. Ale nie tym, który jest dziś między ulicami Cmentarną i Piaskową.

Tego cmentarza wtedy jeszcze nie było. Istniał natomiast ten cmentarz, którego obecnie już nie ma. Została po nim tylko kaplica, kilka nagrobków w lapidarium oraz fragmenty ogrodzenia. Resztę dawnego cmentarnego terenu zajmują skwer, pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ogrodzony nieużytek po drugiej stronie ulicy Wojskowej. Ulicy, która – przedłużona kilkadziesiąt lat temu w kierunku ulicy Sokołowskiej – przecięła cmentarz na pół.

W 1863 r. był to jedyny w Siedlcach chrześcijański cmentarz. I właśnie tam nocą z 22 na 23 stycznia zebrali się spiskowcy, by rozpocząć bój nazwany później przez historyków  powstaniem styczniowym.

Reklama

JAK MIAŁO BYĆ?

Hasło do powstania wydane w Warszawie 17 stycznia, jeszcze tego samego dnia dotarło na
Podlasie. Następnego dnia w Łosicach w domu doktora Władysława  Czarkowskiego uzgodniono plan  działania oddziałów. W nocy z 22 na  23 stycznia Rogiński miał zająć Białą,  Deskur atakować Radzyń, Zakrzewski z Brzóską – Łuków. Opanowanie Siedlec wziął na siebie osobiście  nowo mianowany powstańczy dowódca Podlasia pułkownik Walenty  Lewandowski.

Zajęcie miast leżących na trakcie  brzeskim pozwoliłoby przeciąć komunikację Warszawy i Królestwa z resztą  Rosji. W głębi, na zapleczu mogłaby  wówczas formować się powstańcza  armia. Szacowano, że rosyjski garnizon w Siedlcach w styczniową noc  zaatakują dwa, może trzy tysiące  spiskowców. Nawet pesymiści liczyli, że zbierze się ich najmniej tysiąc.  Konspiratorów z okolic Siedlec, m.in.  Zbuczyna, Mokobód miały wspomóc oddziały z Sokołowa Podlaskiego i Węgrowa. Do siedleckiego zgrupowania miał też dołączyć oddział dr.  Władysława Czarkowskiego z Łosic.

Reklama

Powstańcy starali się ułatwić sobie zadanie. Wciągnięci do spisku  wojskowi mieli tamtego wieczora  zaprosić swoich rosyjskich kolegów  na „pohulankę”, a potem, odurzonych  alkoholem, wziąć ich do niewoli.

Wypadki potoczyły się inaczej. I to z powodów, które  zaistniały po naszej, polskiej stronie. Władysław  Rawicz przywiózł co prawda do Węgrowa rozkaz, by  umówionej nocy uderzyć na  Rosjan, ale jako zwolennik  „białych”, przekonywał, że  wybuch powstania nie ma  sensu. Do zbrojnego wystąpienia nawoływał „czerwony” Rudolf Freytag,  zawodowo zarządca w majątku Rawicza w Grochowie. Bić się  więc, czy nie bić? Uderzać, czy nie  uderzać? Sprzeczne sugestie zasiały  rozterki w sercach.

Reklama

W efekcie ani z Sokołowa,  ani z Węgrowa wsparcie dla oddziału  pułkownika Lewandowskiego nie nadeszło. Pod siedleckim cmentarzem  stawiło się trzystu zaledwie spiskowców z najbliższej okolicy. Myśliwskie  strzelby miało tylko kilkudziesięciu.  Reszta stanęła z postawionymi na  sztorc kosami. Byli i tacy, którzy za  całą broń mieli jedynie drewniane  drągi.

PUŁKOWNIK NA CZWORAKACH

Pułkownik Lewandowski pozostawił swoich podkomendnych pod cmentarzem, a sam poszedł na zwiady. Pełzając na czworakach, podsunął się pod same koszary wojskowe. Zobaczył drzwi otwarte, wnętrze oświetlone, broń ustawioną w kozłach i przysypiających wartowników. W tej sytuacji atak z zaskoczenia wydawał się łatwy. Pułkownik czym prędzej wrócił do oddziału.

Reklama

Ale oddziału już nie było. Pod nieobecność dowódcy powstało podejrzenie, że jest on zdrajcą; poszedł, by wszystkich wydać w ręce Moskali. Przestraszeni, pozostawieni bez komendanta niedoszli powstańcy rozbiegli się. Zostało kilkunastu, może kilkudziesięciu, mocno wstrząśniętych tym, co się stało. O ataku na Siedlce nie było co myśleć.

Dziwna sytuacja? Dziwna. Jednak nie całkowicie niezrozumiała.

Cały artykuł przeczytacie w papierowym i e-wydaniu (kup teraz) "Tygodnika Siedleckiego". 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama