Ta historia zaczęła się pięć lat temu od pięciu uli. Dziś pan Marek z Borków-Kosów ma ich szesnaście. W każdym ulu uwija się około 50 tysięcy pszczół. A on marzy, by mieć ich w swojej pasiece… 2 miliony.
Lipiec to dla pszczelarzy czas, gdy kończy się główny sezon miodobrania. Po ostatnich zbiorach zaczynają przygotowywać pszczele rodziny do zimy. Według pana Marka – ten sezon był wyjątkowy. Odkąd odszedł z zawodu nauczyciela i został pszczelarzem, wiosną po raz pierwszy ledwo nadążał za swoimi pszczółkami.
- Od marca, kiedy tylko zaczęły pojawiać się pierwsze kwiaty wierzby czy leszczyny, pszczółki pracowały na pełnych obrotach. Potem kwitły drzewa owocowe, rzepak….– mówi.
A to wcale nie koniec dobrych wiadomości ze świata pszczół.
- Coraz wyższa świadomość tego, jak bardzo pszczoły są nam wszystkim potrzebne, sprawiła, że nie damy im wyginąć tak prędko. Chodzi przede wszystkim o pszczoły hodowlane. Ale np. uznana za wymarłą zadrzechnia fioletowa jest widywana coraz częściej i to dobry znak.
Pan Marek podkreśla też ogromne znaczenie tego, że ludzie, właśnie z myślą o zapylaczach coraz częściej sieją rośliny miododajne. A co sam zasiał w tym roku?
- Facelia błękitna, rzodkiew oleista, żmijowiec grecki, gorczyca biała – wylicza. – Pszczoły je uwielbiają.
W swojej pszczelarskiej karierze zdążył też posadzić już… około 60 lip. Ulubionych drzew pszczół. Zna pszczelarza, który posadził ponad tysiąc lip!
Niestety, żeby nie było za słodko, wiele osób wciąż nie wie, jak wielką szkodę wyrządza pszczołom.
- Robotnica, która usiądzie na roślinę spryskaną środkiem owadobójczym umrze w drodze powrotnej do ula. A nawet jeśli uda się dolecieć to… pozostałe pszczoły jej nie wpuszczą, żeby ratować rodzinę. Krew mnie zalewa, kiedy widzę, jak takie opryski stosuje się w ciągu dnia, kiedy pszczoły pracują. Jeśli na ulotce czy na opakowaniu oprysku jest napisane, by nie używać go przed zmrokiem, a PO OBLOCIE pszczół, to znaczy, że to naprawdę ważne – podkreśla pan Marek.
Według pana Marka pszczelarzem może zostać każdy, kto o tym marzy. Oboje z żoną myśleli o małej pasiece od dłuższego czasu. Aż nadszedł dzień, w którym ich znajomy (z powodu podeszłego problemów ze zdrowiem) sprzedawał swoje pszczoły i ule. Decyzja mogła być tylko jedna.
- To stało się dosłownie z dnia na dzień – wspomina pan Marek. – Na szczęście mieliśmy kawałeczek działki, z której pszczoły miały blisko do lasu i na łąki. Na szczęście nasz region to wciąż miejsce, gdzie takich działek nie brakuje. Na szczęście też na początku mogliśmy liczyć na fachową pomoc człowieka, który naprawdę zna się na pszczelarstwie. Oraz osób z Regionalnego Związku Pszczelarzy. To było bardzo ważne, książki czy filmiki nie zastąpią takiego wsparcia, szkoleń, rozmów…
Przyznaje, że większość właścicieli pasiek to mężczyźni, ale to nie znaczy, że w związku pszczelarskim nie ma kobiet. Silnych kobiet, bo korpusy uli, które trzeba dźwigać, potrafią być dość ciężkie. I takich, które nie stracą zimnej krwi, kiedy trzeba będzie łapać rój, który uciekł… Np. na czubek sosny.
- Pszczoły mają silny węch, dlatego przy tej pracy lepiej zapomnieć o mocnych perfumach czy wonnych kosmetykach – uśmiecha się pan Marek. – Pszczoły rozpoznają właściciela właśnie po zapachu. Najlepiej myć się naturalnym, szarym mydłem…
Pewnie, że zdarzyło się, że został użądlony.
- Szczerze? Ludzie potrafią kąsać dużo częściej niż pszczoły – mówi z uśmiechem pan Marek.
Na co trzeba być gotowym? Na naukę fascynujących rzeczy. Na uczucie bezradności, gdy okaże się, że mimo starań, nie wszystkim pszczołom udało się przetrwać zimę. Na gąszcz przepisów, które trzeba znać i stosować. Na przyjaźń i wsparcie ze strony innych pszczelarzy i pszczelarek. Na życie w rytmie pór roku i akceptację tego, na co nie mamy wpływu (czyli np. pogodę). Na satysfakcję, która przychodzi z takim sezonem, jak tegoroczny… I niespodzianki.
- Pierwszy raz słyszałem śpiew królowej. Królowa śpiewa przed wylotem, oznajmiając innym, że jest gotowa do lotu. Lub gdy wyzywa drugą królową (bo czasami zdarza się przez krótki czas, że w jednym ulu są dwie królowe) do walki o tron – wyjaśnia pan Marek.
I w imieniu całej braci pszczelarskiej z okolic Siedlec już teraz zaprasza na Święto Miodu, które planowane jest na wrzesień. Będzie to wyjątkowa okazja, by posłuchać niesamowitych historii z życia pszczół. I kupić miód, który naprawdę powstał w naszym regionie.
- W sklepach sprzedaje się mieszanki miodów często z Chin, które pszczół nie widziały.... Miód najlepiej kupować od znajomych, lokalnych pszczelarzy. A jeśli się takich nie ma warto, warto poznać ich właśnie podczas Święta Miodu w Siedlcach.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze