Sala widowiskowa „Podlasie” w Siedlcach tętniła jazzem. 66. edycja Siedleckich Zaduszek Jazzowych przyciągnęła komplet publiczności i – jak co roku – zamieniła się w święto muzyki, emocji i spotkań, które łączą pokolenia. Jazz w Siedlcach to już nie tylko tradycja – to sposób, w jaki miasto oddycha jesienią.
Wieczór rozpoczął się od uroczystego wręczenia statuetki „Przyjaciela Muzyki”. Otrzymał ją perkusista Wiesław Miadziółko, od lat związany z siedlecką sceną. – To dla mnie ogromny zaszczyt i radość, że mogę dziś odebrać tę nagrodę właśnie tutaj, wśród przyjaciół i miłośników dobrej muzyki. Dziękuję wszystkim, którzy wspierają moją muzyczną pasję. Niech gra muzyka – powiedział artysta, odbierając wyróżnienie z rąk prezydenta miasta.
W Małej Galerii Sztuki na piętrze można było zobaczyć wystawę fotografii Andrzeja Rucińskiego z lat 1985–2000. Zdjęcia przedstawiające muzyków w skupieniu i pasji przypominały, że jazz ma nie tylko dźwięk, ale też obraz – zapis chwili, która mija, ale wciąż brzmi w pamięci.
Pierwszy koncert wieczoru należał do Piotr Matusik Trio, które zaprezentowało program „Plays Chick Corea” – hołd dla legendarnego pianisty i kompozytora, jednego z największych gigantów jazzu. Zespół zagrał z energią i precyzją, tworząc własną interpretację stylu Corei. Po koncercie Piotr Matusik przyznał, że dla niego to występ szczególny. – Chick Corea był moim mentorem i inspiracją od ponad 20 lat. Jeszcze jako student wysłałem mu swoją płytę. Po miesiącu dostałem od niego list z gratulacjami – to było dla mnie ogromne wyróżnienie i potwierdzenie, że warto iść tą drogą.
Piotr Matusik mówił o Corei z wielkim szacunkiem, ale też osobistym tonem. – Nie staram się go kopiować. Chodzi o ducha, o sposób, w jaki tworzył muzykę. Corea był artystą, który potrafił podczas koncertu zaprosić kogoś z publiczności i improwizować, patrząc mu w oczy – tworzył dla niego muzyczny portret. To dla mnie kwintesencja jazzu – szczerość i dialog.
Publiczność nagrodziła trio długimi brawami, a ciepła reakcja siedlczan nie umknęła muzykowi. – Czuć tu prawdziwą muzyczną publiczność. Ludzie nie przychodzą tylko posłuchać – oni uczestniczą w tym, co dzieje się na scenie.
Po chwili na scenie pojawiło się Andrzej Gądek Trio – zespół, którego występ przyniósł więcej mocy i gitarowej ekspresji. Muzycy zaprezentowali materiał z płyty „Maze”, za którą lider otrzymał Fryderyka w kategorii „Jazzowy debiut fonograficzny roku”. Gądek wyjaśnił, że tytuł nie jest przypadkowy. – „Maze” to labirynt. Każdy utwór to inna ścieżka, inne emocje. To muzyczna podróż, w której można się czasem zgubić – i właśnie w tym jest jej piękno.
Gitarzysta podkreślał, że choć czerpie z różnych gatunków, jego muzyka wyrasta z jazzu. – Jazz to wolność i szczerość. Nie trzeba niczego udowadniać – wystarczy grać prawdę. Można łączyć style, szukać własnych brzmień, ale wszystko musi mieć serce. A serce tej muzyki to improwizacja.
Publiczność przyjęła występ gorąco. – Uwielbiam grać w Siedlcach – mówił po koncercie Gądek. – Tu ludzie słuchają naprawdę, bez pośpiechu. To miejsce ma wyjątkową energię. To niesamowite, że ten festiwal trwa już tyle lat i wciąż przyciąga taką publiczność.
Na zakończenie wieczoru wystąpiła legenda – Laboratorium. Zespół, który od 55 lat nieprzerwanie tworzy historię polskiego jazzu, wciąż gra z pasją i mocą, jakby czas nie miał żadnego znaczenia. Marek Stryszowski, współzałożyciel grupy, wspominał początki zespołu. – Fascynował nas Teatr Laboratorium Jerzego Grotowskiego. Oni eksperymentowali w teatrze, my postanowiliśmy eksperymentować w muzyce. Szukaliśmy emocji, które wykraczają poza nuty. Na początku było trudno, ale wiedzieliśmy, że to, co robimy, ma sens.
Na pytanie, czy po tylu latach można się muzyką zmęczyć, odpowiedział bez wahania: – Nie da się. Jak można mieć dosyć oddychania? Muzyka to nasz tlen. Zdarzają się momenty zwątpienia, ale potem przychodzi poranek, światło, dźwięk – i wszystko wraca. Gramy, bo kochamy muzykę. Bez miłości nie ma jazzu.
Stryszowski nie krył wzruszenia, widząc publiczność, w której siedzieli dziadkowie, rodzice i wnuki. – To niezwykłe, że na koncerty przychodzą dziś całe rodziny. Jeśli muzyka łączy pokolenia, to znaczy, że żyje. I że warto było poświęcić jej całe życie.
Artysta dodał też, że dopiero w tym roku zdał sobie sprawę z rangi siedleckiego wydarzenia. – Wasze Zaduszki są tylko cztery lata młodsze od najstarszego festiwalu jazzowego w Europie. To imponujące. Sześćdziesiąt sześć edycji! To już nie impreza, to legenda. Gratuluję Siedlcom.
Gdy ostatni dźwięk wybrzmiał, publiczność długo nie chciała opuszczać sali. Oklaski trwały, jakby nikt nie chciał końca tego wieczoru. Bo Siedleckie Zaduszki Jazzowe to nie tylko muzyka – to wspólne przeżycie, spotkanie ludzi, dla których jazz nie jest modą, lecz emocją. I choć światła w sali już przygasły, w powietrzu wciąż unosiło się jedno zdanie, które tego wieczoru powtarzano kilkakrotnie: Niech gra muzyka.
Zaduszki w Siedlcach na tle światowej historii jazzu
Historia festiwali jazzowych sięga końca lat 40. Pierwszy odbył się w Nicei w 1948 roku, gdzie Louis Armstrong rozpalił publiczność i otworzył nową erę muzyki improwizowanej. Wkrótce potem pojawiły się kolejne – Deutsches Jazzfestival we Frankfurcie (1953) – do dziś najstarszy wciąż działający festiwal w Europie, a następnie Newport Jazz Festival (1954) w USA, który uczynił jazz częścią masowej kultury.
W Polsce pierwszym festiwalem były Krakowskie Zaduszki Jazzowe (1954), później Sopot Jazz Festival (1956) i Jazz Jamboree w Warszawie (1958). Zaledwie rok później, w 1959 roku, rozpoczęła się historia Siedleckich Zaduszek Jazzowych. Dziś, po 66 edycjach, to czwarty najstarszy festiwal jazzowy w Polsce i jeden z dwudziestu najstarszych na świecie.
Choć Siedlce nie są muzyczną metropolią, to dzięki Zaduszkom od ponad pół wieku zapisują się na mapie światowego jazzu. To miejsce, gdzie muzyka spotyka się z pamięcią, a pasja z tradycją. Bo tu naprawdę – gra muzyka, która ma duszę.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Limbos zmora podstawówek ha, ha.
....... dlatego, że ten Koncert odbył się 4 dni temu a zauważono dopiero teraz
Niestety, ale z roku na rok impreza podupada coraz bardziej. Nie chodzi mi o organizację imprez (chociaż i ona pozostawia miejscami wiele do życzenia, np. dlaczego w tym roku na balkonie nie było baru, co generowało dodatkowy tłok na dole), ale o uczestników/słuchaczy. Młodych ludzi jak na lekarstwo, emeryten party i tyle. Audytorium bez wyrobienia muzycznego, nieumiejący się zachować. Sztywno i bez emocji. Lans, bo wypada się pokazać. Brak integracji z wykonawcami, wymuszone bisy (i to jak na lekarstwo). O jam session nawet nie wspomnę Kto pamięta 2-3 dniowe koncerty kończące się nad ranem. Wielka szkoda, bo to decydowało o sile i autentyczności tej imprezy.
Limbos zmora podstawówek ha, ha.
....... dlatego, że ten Koncert odbył się 4 dni temu a zauważono dopiero teraz
Niestety, ale z roku na rok impreza podupada coraz bardziej. Nie chodzi mi o organizację imprez (chociaż i ona pozostawia miejscami wiele do życzenia, np. dlaczego w tym roku na balkonie nie było baru, co generowało dodatkowy tłok na dole), ale o uczestników/słuchaczy. Młodych ludzi jak na lekarstwo, emeryten party i tyle. Audytorium bez wyrobienia muzycznego, nieumiejący się zachować. Sztywno i bez emocji. Lans, bo wypada się pokazać. Brak integracji z wykonawcami, wymuszone bisy (i to jak na lekarstwo). O jam session nawet nie wspomnę Kto pamięta 2-3 dniowe koncerty kończące się nad ranem. Wielka szkoda, bo to decydowało o sile i autentyczności tej imprezy.