Reklama

Bóg, Los, Przypadek

„Ledwie stanęli w mieście (…), uczuli, że ziemia drży im pod stopami, morze wznosi się i bałwani w porcie, krusząc okręty stojące na kotwicy. Kłęby ognia i dymu napełniają ulice i rynki, domy walą się, dachy osuwają się na fundamenty, a fundamenty rozsypują się w gruzy: trzydzieści tysięcy mieszkańców wszelkiego wieku i płci znajduje śmierć pod ruinami”.

Nie, nie… to nie jest relacja z niedawnego trzęsienia ziemi w Japonii. Tam przecież domy, te, których nie dotknęło tsunami, pozostały nienaruszone. To fragment „Kandyda” Woltera, opisujący trzęsienie ziemi w Lizbonie z 1 listopada 1755 roku. Wolter i Rousseau żywiołowo polemizowali na temat tamtej katastrofy. Czy to w porządku (a jeśli tak, to w jakim porządku?), by żywiołowy kataklizm rujnował  jedno z największych (ściśle mówiąc: czwarte pod względem wielkości po Paryżu, Londynie i Neapolu) miast Europy? I jedno z najbardziej katolickich? Aby ziemia zatrzęsła się akurat we Wszystkich Świętych przed południem, kiedy wierni są akurat na mszy? Zrządził tak Bóg? Jaki Bóg? Czy może Los? Fatum? Przypadek?
Dwa i pół wieku temu były to pytania, rozpalające umysły i wyobraźnię. Dzisiaj, widać to po japońskiej tragedii, nie ma na takie fanaberie miejsca. Do zbadania i rozstrzygnięcia są wyłącznie kwestie techniczne: wysokość fal, wytrzymałość korpusu reaktora w elektrowni Fukushima, liczba ofiar i zaginionych. Metafizyka została wygnana.

Jeśli zdarza się tragedia, jej przyczyną nie mogą być Bóg, Fatum ani Przypadek. Jedyną dopuszczalną przyczyną jest błąd człowieka, który się pomylił, czegoś nie dopilnował lub choćby czegoś, na przykład 14-metrowych fal, nie przewidział (bo przewidział tylko 6-metrowe). Tak myślimy. A nawet jeśli nie myślimy, to tak się nam wydaje, przyjmujemy to za przemilczany pewnik. Powołamy komisję i będziemy wiedzieć.
To złudzenie, że będziemy wiedzieć. Bo nie będziemy. Czegoś się oczywiście dowiemy, ale zawsze zostanie te reszta, niewytłumaczalna, niepoznawalna. Mądrzejsi o tragiczne doświadczenia, przyjmiemy większy margines, na fale, powiedzmy, 20-metrowe. Ale i tak, nie w tym, to w następnym pokoleniu, będziemy zaskoczeni. Technika daje tylko złudzenie porządku i trwałości.

Czesław Miłosz w wierszu „Tytanik” starał się uchwycić nastrój ufnej w swoją siłę i mądrość ludzkości z początków XX wieku. Tragedia największego, najbardziej nowoczesnego i najbardziej bezpiecznego okrętu świata na chwilę wytrąciła naszą cywilizację z równowagi: „Czego się przestraszyli? Skąd to „aaa” w gazetach, komisje, dochodzenia, uliczne ballady, broszury i groźnie-sentymentalna legenda? „Tytanik”, koniec ery? Czy dlatego, że nie ma już poczucia bezpieczeństwa? Że nic nas nie uchroni, ani pieniądz, ani przebieranie się co wieczór do obiadu, ani zapach cygar, ani Postęp? Ani obyczaj, ani grzeczna i oddana służba, ani greka i łacina w szkole, ani prawo, ani kościoły, ani nauka, nic. A czy kiedykolwiek coś chroniło? Bezimienna i bezlitosna, czy mogła być odwrócona fatalność? O ludzkości cywilizowana! O zaklęcia, o amulety!”.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości