Reklama

Do szczęścia na skróty

„Seksmisja” i „Kingsajz” były zjadliwe i szydercze. „Ile waży koń trojański?” to w katalogu dzieł Juliusza Machulskiego komedia sentymentalna i nostalgiczna. Śmiech, który budzi, jest śmiechem serdecznym. Niedbale rozrzucone w filmie emblematy późnego PRL-u nie budzą irytacji, lecz – za sprawą swej bezradności - poetycką niemal rzewność. Spór z poglądami i wyborami generała Jaruzelskiego pozostanie zawsze kwestią zasadniczą. Nie obejmuje on jednak gadżetów pomniejszych, codziennych. Na generała można się ideologicznie zasadzić, z herbatą Assam polemizować nie sposób. Prawdziwości kawy zbożowej Turek także nie da się zakwestionować. I kuszącego uroku studenckich Carmenów nie ma się co wypierać. Skoro Zosia, główna bohaterka, przenosi się o kilkanaście lat wstecz - z Nowego Roku 2000 do maja 1987 r. – film rozgrywać musi się wśród takich, przyprawiających dziś o melancholię, gadżetów. Jak było, tak było… Przeszłości nie zmienisz. Jeśli dziwić się czemuś, to temu, jak galopem nam te lotne przełomowe czasy zleciały. Jeszcze wczoraj, bo dwadzieścia lat to wczoraj ledwie, byliśmy właśnie tacy, jak w komedii Machulskiego: z wąsami, we flanelowych koszulach w kratę, w powyciąganych swetrach, z kawą plujką pitą w szklankach, z długimi włosami, z gitarą, nad jeziorem, przy ognisku, z Perfectem i Maanamem w uszach. Kiedy to nam przepadło? Kiedy dali nam karty kredytowe? Kiedy nauczyliśmy się jeść sushi i mówić: „zadzwoń do mnie na komórkę”. W 1987 tekst ten brzmiał idiotycznie, bo w komórkach trzymało się narzędzia albo węgiel. I skąd mogliśmy wiedzieć, że za parę lat w sklepach będzie mięso i będziemy mieli wolność i nikt nie będzie jej zauważał? Tak, tak… W drodze powrotnej z premierowego stołecznego seansu (Siedlce są wciąż miastem bez kina) było nad czym się zadumać. Nad tym choćby, że w tamtych czasach w drugiej połowie lat 80. podróż między Siedlcami a Warszawą odbywało się zasadniczo pociągiem. Auto to był luksus. Nawet jeśli ktoś na „Vabank”, „Seksmisję” czy „Kingsajz” do Warszawy się wybierał, to jechał ze szkolną wycieczką, czyli autobusem. Przeważnie jednak – jako się rzekło – jechało się pociągiem. Przed blokiem – dziesięć klatek schodowych, osiemdziesiąt rodzin - stało nie więcej niż dziesięć aut. Realny socjalizm to była gospodarka niedoboru. Za schyłkowej komuny wielu rzeczy w kraju brakowało, ale miejsc parkingowych - nigdy. Byłby więc „Ile waży koń trojański?” filmem o nostalgii za PRL-em? Ależ skąd! To film o miłości, o życiu, o próbie naprawienia życiowych błędów. I chyba także o tym, że w pogoni za szczęściem nie ma dróg na skróty. Życie jest jak droga z Warszawy do Siedlec, na wpół wyboista i dziurawa, na wpół remontowana. Przemierzana z niejasnym przeczuciem lub radosną pewnością. W ciemności.
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości