Czy wielu jest doktorantów w świecie kickboxingu? Skusimy się o stwierdzenie, że nie. Tymczasem Dominik Grzęda z TKKF Ognisko Siedleckie Siedlce od lat z powodzeniem łączy karierę sportową z naukową. Teraz jednak zamierza zrobić sobie przerwę na sportowej ścieżce.
Z Dominikiem Grzędą rozmawia Paweł Świerczewski.
Przed wywiadem rozmawialiśmy chwilę prywatnie i wiem, że nie uznajesz minionego roku za udany. Dlaczego?
– Chodzi o mistrzostwa świata. Jechałem na nie po złoty medal, wróciłem z niczym (Dominik zajął 5. miejsce – red.). Było to dla mnie dużym rozczarowaniem.
Sięgałeś jednak po medale mistrzostw Polski i Pucharu Świata. Myślę, że każdy sportowiec chciałby mieć tak „nieudany” rok…
– Ale imprezą docelową były mistrzostwa świata. One odbywały się najpóźniej, więc siłą rzeczy najmocniej rzutują na samoocenę.
Nie widziałem twojej przegranej walki, ale trener Andrzej Garbaczewski sygnalizował kontrowersje. Rzeczywiście czujesz się pokrzywdzony?
– W moim odczuciu kontrolowałem przebieg walki. Rywal poderwał się w końcówce, a sędziowie zaczęli naliczać mu punkty za jakieś śmieszne kopnięcia. Uważam, że powinienem wygrać, ale wyszło, jak wyszło.
Niestety sędziowanie to jedna z największych bolączek sportów walki. Oczywiście nie jest to wymierna dyscyplina, w której łatwo wskazać zwycięzcę, ale sytuacje, w których werdykty można uznać za skandaliczne, są niestety na porządku dziennym.
– Za długo jestem w tym świecie, żeby się tym przejmować. Trzeba robić swoje, a najlepiej nie pozostawiać decyzji sędziom. Podczas mistrzostw świata popełniłem błąd. Chciałem w bezpieczny dla siebie sposób kontrolować walkę. Wydawało mi się, że zrobiłem wystarczająco dużo żeby wygrać, ale nie dałem z siebie wszystkiego, chcąc zachować więcej sił na kolejne etapy. Tylko że ich już dla mnie nie było. Teraz zrobiłbym to inaczej. Kurz po porażce jednak opadł. 23 stycznia stoczę walkę zawodową, po której na jakiś czas zawieszę swoją sportową karierę.
Przerwa czy zakończenie kariery?
– Myślę, że przerwa, gdyż mam jeszcze niespełnione ambicje. Trudno jest ciągnąć kilka srok za ogon. Mam niedokończone sprawy w postaci doktoratu (Dominik jest doktorantem na Wydziale Inżynierii Materiałowej Politechniki Warszawskiej – red.) oraz aplikacji rzecznika patentowego, które należałoby domknąć. Później będę myślał o powrocie na ring. Nie chciałbym, żeby przerwa trwała dłużej niż rok, bo później byłoby trudno wejść na poziom, do którego jestem przyzwyczajony.
Wspomniałeś o walce zawodowej. Powiedz coś więcej.
– 23 stycznia zawalczę na gali „One Punch” – federacji związanej z Polskim Związkiem Kickboxingu. Moim przeciwnikiem będzie bardzo doświadczony zawodnik Konrad Delekta. Szykuje się dobra bitka, a ja zrobię wszystko, żeby to moja ręka po walce powędrowała w górę.
Jeszcze kilka lat temu mówiło się głośno o włączeniu kickboxingu do programu igrzysk olimpijskich. Niestety cały proces znacząco się wydłuża, a konkretnych decyzji wciąż brakuje.
– Nie ukrywam, że bardzo na to liczyłem. Występ na igrzyskach, sięgnięcie po medal, a najlepiej złoty, byłoby dla mnie spełnieniem marzeń. Jak na razie muszę jednak obejść się smakiem. Przykro, ale cóż można poradzić.
Jesteś jednym z najbardziej utytułowanych kickbokserów z naszego regionu. Masz poczucie dobrze wykonanej roboty czy jednak dominuje niedosyt?
– Wiadomo, że każdy zdobyty przeze mnie krążek mógł być z cenniejszego kruszcu. Ambicja zawsze każe mi być najlepszym. Ale uczciwie muszę też stwierdzić, że przy tylu polach, na których działam i na które rozkładam swoją energię, i tak idzie mi całkiem nieźle. Mam satysfakcję, że potrafiłem zagłuszyć wewnętrzny głos, który pytał: „Po co mi ten sport, skoro mam co robić w życiu?”. Gdybym go posłuchał, nie byłoby tych wszystkich sukcesów. Determinacja się opłaciła.
Wśród kickbokserów nie ma wielu doktorantów. Nie czułeś się obco w tym świecie?
– Mam taką cechę, że potrafię odnaleźć się wszędzie. Staram się nigdy nie wywyższać. Z moich doświadczeń wynika też, że sportowcy reprezentujący najwyższy poziom to najczęściej bardzo ogarnięci życiowo ludzie. Łatki dresiarzy i patologii są już dawno nieaktualne. Niestety w Polsce wciąż funkcjonuje wiele stereotypów, które nijak mają się do realiów.
Czy podczas kariery czułeś, że wraz z osiąganymi sukcesami idzie zainteresowanie medialne i wsparcie, np. ze strony władz miasta?
– Zdecydowanie nie. Ostatni raz, gdy otrzymałem od miasta jakieś pieniądze, to były czasy stypendium sportowego w wieku juniora. Wszelkie koszty trzeba pokrywać samemu. Medale zdobywałem jednak zawsze z myślą, że robię to nie tylko dla siebie, ale też dla Siedlec. Widocznie wybrałem nieodpowiednią dyscyplinę. Zawsze śmialiśmy się z kolegami z sali, że gdybyśmy jako dzieci wiedzieli, na co się piszemy, to stuknęlibyśmy się w głowę i zamiast na kickboxing poszlibyśmy na piłkę nożną (śmiech).
Załóżmy więc, że młody Dominik Grzęda jeszcze raz może dokonać wyboru ścieżki sportowej. Czy ponownie wybrałby kickboxing?
– Niczego bym nie zmienił. To sport, który mnie ukształtował. Wszelkie trudności związane z jego uprawianiem zahartowały mój charakter. Nauczyłem się stawiać czoła przeciwnościom. Nie byłbym tym samym człowiekiem bez kickboxingu, a bardzo cenię sobie wartości i zasady, którymi się kieruję.
Dzięki, Dominik! Życzę powodzenia podczas walki zawodowej, a później w realizacji pozasportowych celów. Mam nadzieję, że rzeczywiście wrócisz do sportu, by sięgnąć po te laury, których brakuje ci do pełnej satysfakcji.
– Dziękuję bardzo!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Robert tradycyjnie z rączkami.
a steven bez rączek
Dominik super !!!!!
Robert tradycyjnie z rączkami.
a steven bez rączek
Dominik super !!!!!