Reklama

Druga Japonia

16/03/2011 08:42

W piątek cały poranek siedziałem jak sparaliżowany, nie mogąc oderwać się od telewizora. Na ekranie w kółko pokazywano te same migawki. Chwiejące się ściany i spadające monitory w lokalnej stacji telewizyjnej. Płonąca rafineria. Wysoka fala, sunąca przez ocean w stronę wybrzeża. Woda wdzierająca się w ląd, zalewająca pola, szklarnie, porywająca samochody i rujnująca domy. Kiedyś o tragedii w Japonii dowiedziałbym się z notatki w gazecie. Może nazajutrz, a może dopiero za kilka dni. Trzęsienie ziemi i tsunami na Pacyfiku byłoby wydarzeniem dalekim i bladym. Echem relacji ze świata, którego nigdy nie poznam, nie doświadczę. Dzisiaj rzeczywistość dopada mnie bezbronnego jeszcze przed śniadaniem i atakuje bez pardonu obrazami live. Fascynujące i zupełnie nie do zniesienia.

„Rzeczywistość jest do wytrzymania, gdyż niecała dana jest w doświadczeniu. Albo dana niejednocześnie. Dociera do nas w ułamkach zdarzeń, w strzępach relacji, w echach wystrzałów, w dalekich dymach rozpływających się po niebie, w pożarach, o których historia mówi, że „obracają w perzynę”, chociaż nikt nie rozumie tych słów” – pisała przed laty Zofia Nałkowska.
Dzisiaj rzeczywistość jest już nam dana w całości. A nawet jeśli nie w całości, to w swoich co straszniejszych wyimkach. Świat można już ogarnąć spojrzeniem. Dla kogoś, kogo choć trochę to obchodzi, rzeczywistość stała się nie do zniesienia. A Japonia to nie jest wyłącznie daleki kraj. Nie tylko dlatego, że Polska miała być, jak chciał Lech Wałęsa, drugą Japonią.
Trzęsienie ziemi. Tsunami. Tysiące ofiar. Radioaktywne skażenie po awarii w elektrowni jądrowej. Kto potrafiłby to wytrzymać? O Japończyków jestem dziwnie spokojny. Wytrzymają. Dadzą radę. Nie tylko dlatego, że mają to, o czym wszyscy wiemy – tradycję samurajów, Sony, Nissana, Toyotę czy fikuśne origami. Oni naprawdę potrafią zatroszczyć się o siebie. Sam tego doświadczyłem, choć nigdy nie byłem w Japonii.
To było w Laosie. Traf chciał, że zaledwie przekroczyłem granicę - byłem w połowie drogi między Vientiane a Luang Prabang - maoistowska partyzantka porwała i zabiła dwoje czy troje podróżujących po Laosie turystów, zdaje się, Francuzów. Wiadomość nie poszła w świat. Laos ze zrozumiałych względów, nie pochwalił się morderstwem. Międzynarodowe turystyczne bractwo włóczące się po kraju nad Mekongiem (głównie Australijczycy, Europejczycy i obywatele USA) nie miało więc o incydencie pojęcia. Był jeden wyjątek. Ambasada Japonii w Vientiane natychmiast rozesłała po kraju swoich pracowników. Następnego dnia rano w hotelach, na lotniskach zawisły ostrzeżenia dla Japończyków: w Laosie właśnie przestało być bezpiecznie, lepiej się stamtąd zwijać. Żadna z ambasad, poza japońską, nie zdobyła się na podobny krok. Wtedy zrozumiałem, że Japonia rzeczywiście potrafi zadbać o swoich obywateli. Natura jest chwilowo przeciwko nim, ale dadzą radę.
Trzymam kciuki za Japonię. Nie jest przecież samotną wyspą.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości