Reklama

Granice obrony

W Mikłusach w gminie Trzebieszów ktoś pobił ucznia. Miał nim być zamieszkujący w sąsiedniej wsi mężczyzna. Redakcję o zdarzeniu poinformował anonimowy rozmówca, który twierdził, że widział jego przebieg i że napastnikiem był policjant. Jak było naprawdę?

Nie, na miejscu nie okazało się, że sprawy nie ma i nigdy nie było. Rzeczywiście na boisku Szkoły Podstawowej w Mikłusach doszło do nieprzyjemnych zdarzeń, które mogły mieć swój epilog np. na sali sądowej. Ich przebieg był jednak inny od opisów, zgłaszanych do redakcji przez zatroskanego obserwatora. 

Dojrzewanie i końskie zaloty 
Bohaterami zajścia w Mikłusach są: dwaj uczniowie najstarszych klas tamtejszej podstawówki, Mateusz i Marek, ich koleżanka Agnieszka oraz jej ojciec Tadeusz. Aktorami drugiego planu jest troje innych dzieci: Ania, Darek i Mariusz. Chłopcom w okresie dojrzewania przychodzą do głów różne niemądre pomysły. Wygłupiając się, chcą skupić na sobie uwagę dziewcząt. Od lat podobne zachowania określano mianem końskich zalotów. No bo zamiast być miłymi dla koleżanek, ich koledzy starają się wyróżnić grubiaństwem i chamskim wobec nich zachowaniem. Takie m.in. zachowanie uczniów, jak informuje Marek Kulpa, dyrektor szkoły w Mikłusach, od pewnego czasu troskało pedagogów. Co jakiś czas starali się wpływać na swoich podopiecznych pedagogicznie, ale uzyskiwane pozytywne efekty były krótkotrwałe. Mateuszowi Agnieszka nawet trochę się podobała. Dlatego zaczął jej dokuczać. Do pomocy, by było raźniej „pośmiać się z baby”, dobrał sobie Marka. Feralnego dnia normalnie przesadzili. Zaczęli Agnieszce dokuczać, szarpać ją. Ktoś nawet powiedział, że Mateusz ją wtedy uderzył. Dziewczyna poszła do domu zapłakana i poskarżyła się rodzicom.
 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama