Reklama

„ISTNY WIĘZIEŃ!”

Jak każdy nie lubię chorować, ale jeśli już się tak zdarzy, że muszę zasięgnąć opinii medyka społecznej służby zdrowia, to bez oporów zajmuję miejsce w kolejce. Kicam między ludźmi i wsłuchuję się w ich rozmowy, bywa, bardzo osobiste i emocjonalne

Jak każdy nie lubię chorować, ale jeśli już się tak zdarzy, że muszę zasięgnąć opinii medyka społecznej służby zdrowia, to bez oporów zajmuję miejsce w kolejce. Kicam między ludźmi i wsłuchuję się w ich rozmowy, bywa, bardzo osobiste i emocjonalne.
Rozmowa, a właściwie monolog, zasłyszany podczas mojej ostatniej bytności w zaprzyjaźnionej przychodni, dała mi wiele do myślenia. Jak wiele takich pogaduszek i ta dotyczyła sprawy najbardziej życiowej z życiowych: pracy, która stała się wartością cenną i pożądaną, a której brak jest powodem zmartwień i frustracji.
Oto energiczna (na oko) trzydziestolatka, znalazłszy wdzięcznego słuchacza w (chyba) rówieśniku, zdawała mu obszerną relację o niedogodnościach, w jakich zarabia na chleb powszedni w szwalni. Negatywnym bohaterem opowieści był – a któż by inny! – właściciel fi rmy.
Pierwsza dolegliwość polegała na tym, że pracodawca i pani różnili się zasadniczo w interpretacji pojęcia czasu pracy. Dla niego początek dnia pracy o 7 oznaczał, że o tej godzinie maszyny powinny już pracować, pani zaś uważała, że to była godzina, o której powinno się przekraczać próg zakładu. Podobnie rzecz się miała z końcem pracy: szef oczekiwał, że o 15 maszyny miały się zatrzymać, a nie – jak uważała pani – pracownicy powinni, umyci i przebrani, wychodzić do domu.
– Przecież nie umawiałam się na pracę od 6.30 do 15.50 – podkreśliła. Drugim problemem był czas przerwy śniadaniowej (25 minut i szlus!) oraz brak możliwości pogadania w czasie pracy z sąsiadką ze stanowiska. A pani miałaby z kim i o czym pogwarzyć, bo na stanowisku obok siedziała kuzynka, dzięki której pracę otrzymała. O postawieniu fi liżanki kawy na parapecie okna nie można było marzyć, bo szef tego zakazał.
– A czasem – argumentowała pani – chce się zwilżyć usta, prawda? Słuchacz kiwnął głową i milczał.
Była jeszcze jedna niedogodność – na hali nie było radia, które w innych, znanych opowiadającej szwalniach, gra ile dusza zapragnie. Ba, właściciel jej fi rmy nie pozwalał nawet na słuchanie muzyki poprzez słuchawki – z telefonu. Ten zresztą miał być wyłączony w czasie pracy, o czym przypominał plakat wiszący przed wejściem do hali produkcyjnej.
– Istny więzień! – emocjonowała się opowiadająca. – A może dlatego tak jest, bo ten facet jest jakiejś innej wiary? Czasem, jak coś zagada, to jakby Ewangelię czytał. Jak ksiądz... Fakt, że nigdy nikogo nie sklął, nie skrzyczał, ale jakiś dziwny jest...
Słuchający spytał:
– A co ta za fi rma? Gdzie jest? Może potrzebują elektryka albo konserwatora maszyn, albo kogoś takiego? Szukam pracy...
– O, teraz ja... – pani zerwała się z krzesła nie udzielając odpowiedzi chętnemu do pracy w „istnym więźniu”.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości