Październikowa gala sportów walki w Siedlcach, zorganizowana przez federację TFL, dostarczyła niesamowitych emocji. Wisienką na torcie była widowiskowa walka naszej mistrzyni Judyty Chomać-Rymarzak. Z zawodniczką, trenerką i właścicielką Taurus Fight Club Siedlce rozmawia Paweł Świerczewski.
Od twojej zwycięskiej walki minęło kilka tygodni. Czy emocje już opadły?
- W tej chwili mogę powiedzieć, że tak. Ale przez pierwsze dni bardzo buzowały, czegoś takiego nie czułam po żadnym występie. Na pewno wpłynęła na to możliwość stoczenia pojedynku przed własną publicznością. Kibice byli wspaniali! Hala wręcz pękała w szwach. To coś, co zostanie ze mną do końca życia.
Teraz już możesz powiedzieć – bardzo zirytowała cię zmiana rywalki w ostatnich tygodniach przed galą?
- Szczerze? Byłam wściekła. Trudno było mi się mentalnie przestawić, że zamiast z Anitą Bekuś zawalczę z Natalią Przygodzką. Na Anitę miałam gotowy plan na walkę, wizualizację wszystkich możliwych scenariuszy. A o Natalii nie wiedziałam prawie niczego. Potrzebowałam kilku dni, żeby się z tym oswoić i z zimną głową wyjść do oktagonu.
Ostatecznie Natalia Przygodzka postawiła ci twarde warunki, ale doświadczenie wzięło górę nad młodością.
- To bardzo fajna dziewczyna. Chyba nigdy nie walczyłam z kimś, kto miał aż tak twardą głowę (śmiech). Czułam, że w parterze obijałam ją czystymi ciosami, a ona niestrudzenie była skłonna walczyć dalej. Pokazała ogromne serce. Naprawdę mocna baba! Mam dużo satysfakcji, że ostatecznie udało mi się skończyć ją przed czasem.
Jesteś z siebie zadowolona?
- Zawsze mogło być lepiej, ale czuję, że dałam dobrą walkę, zakończoną poddaniem, co zawsze cieszy. Do tanga trzeba dwojga, a Natalia stanęła na wysokości zadania i dała mi twardy, widowiskowy pojedynek. Gdy coś nie przychodzi za łatwo, zawsze lepiej smakuje. Przeciwności nie brakowało. Kilka dni przed galą leżałam z gorączką. Od prawie miesiąca nie mogłam doleczyć grypy. Zamiast sparować, kurowałam się. Dodatkowo pojawiły się problemy z przedramionami – nerwami łokciowymi. Ktoś może spojrzeć z boku i stwierdzić: fajnie bo wygrała, albo powiedzieć, że czegoś mu brakowało. Ale tylko ja jedna będę wiedzieć, ile mnie to wszystko kosztowało, żeby w ogóle do tego oktagonu wyjść i dać z siebie wszystko.
Jak oceniasz organizację gali w Siedlcach? Walczyłaś na wielu arenach, więc masz porównanie.
- To była jedna z najlepszych gali, jakie widziałam. Rywalizacja sportowa stała na bardzo wysokim poziomie. Wszystkie walki były naprawdę mocne. Kibice dopisali od początku gali, aż do jej końca. A to nie jest takie częste. Wiem też, że świetnie się bawili, bo wiele osób zaczepiało mnie po wydarzeniu. To wszystko pokazało, jak Siedlce potrzebują sportów walki.
Długo teraz będziemy musieli czekać na kolejne takie wydarzenie?
- Myślę, że nie. Przymierzam się ze swoim wspólnikiem Łukaszem Sakowiczem do organizacji kolejnych gal. Może nie będą miały aż takiego rozmachu, ale chcemy dać szansę pokazania się lokalnym zawodnikom. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jestem dobrej myśli.
Podtrzymujesz decyzję o zakończeniu kariery? Wydaje się, że włodarze TFL tak łatwo ci nie odpuszczą, szczególnie po tak spektakularnym występie.
- Oj tak, to są bardzo uparci faceci (śmiech). Rok za mną chodzili, żebym stoczyła ten pożegnalny pojedynek, a teraz też nie dają za wygraną. Prawda jest jednak taka, że czuję już swój PESEL. Dał mi w kość podczas przygotowań. Cieszę się, że stoczyłam ten pojedynek, bo gdzieś we mnie siedziało poczucie niezałatwionej sprawy. Teraz już tego nie ma. Widzę to nawet w pracy trenerskiej. W końcu nie patrzę na swoich zawodników z zazdrością, że szykują się do występów. Jestem wypełniona wewnętrznym spokojem. I o coś takiego właśnie mi chodziło.
Myślę, że jeśli się żegnać, to właśnie w takim stylu jak to zrobiłaś. Każdy zawodnik by sobie czegoś takiego życzył.
- Jestem spełniona pod każdym względem. Oczywiście przez kilka dni po gali kołatały się myśli w głowie, że może bym jeszcze coś spróbowała. W końcu przecież całkiem nieźle mi poszło, i to pomimo tych wszystkich kłopotów zdrowotnych. Na szczęście te głosy się już wyciszyły i cieszę się, że karierę mam już za sobą (śmiech).
To nie jest łatwe powiedzieć sobie „pas”, kiedy ma się świadomość, że dalej na wiele cię stać.
- Zdecydowanie. Porażki wytaczają naturalny koniec, a zwycięstwo w dobrym stylu, poprzez płaszczyznę, która wcześniej nie była moją mocną stroną, kusi, żeby coś jeszcze podziałać. Ale nie. Jest dobrze i nie będę tego psuć.
Czyli to ostateczny koniec?
- Zdecydowanie tak. Lepszego pożegnania już bym nie miała.
Judyta, w takim razie dziękujemy i życzymy powodzenia w kolejnych wyzwaniach, jakie przed sobą postawisz!
- Dziękuję!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze