Reklama

Na badaniach pracowniczych

Dostałem w pracy skierowanie na badanie okresowe. Wiadomo, że od tego wykręcić się nie da. Jest ustawa, której przestrzegania pilnuje Państwowa Inspekcja Pracy. PIP ciśnie pracodawcę, pracodawca pracownika. Jak ktoś się wyłamuje - płaci kary. Bo przecież jako pracownik, muszę być w pracy zdrowy. W domu, to co innego. Mogę sobie chorować do woli.

Pierwsze rozmnażanie dokumentów
Od pani Basi z sekretariatu wziąłem kwitek ze skierowaniem. Do lekarza bez skierowania przecież nie można. - Znowu pół dnia w plecy! A tyle roboty. Ale kogo to obchodzi? Później tylko szef na pół żartobliwie skwituje: Szanowny kolego, kolega się zaniechuje - myślałem sobie w drodze na peryferie miasta. Czemu te przychodnie lokują na takich, za przeproszeniem, zadupiach?
Jakoś dotarłem. Przychodnia specjalizuje się w badaniach pracowniczych i dla kierowców. Stanąłem w ogonku do rejestracji. Trzy osoby przede mną. Przyglądam się pracy rejestratorek. Większość czasu spędzają na przepisywaniu z jednego kwitka na drugi.
- Pan swój zawód wykonuje głosem? Bo trzeba by do laryngologa może... Nie? Tylko przy komputerze? No to okulista i lekarz medycyny pracy - zawyrokowała pani z rejestracji.
- A badanie krwi i prześwietlenie klatki piersiowej? - dopytywałem zdziwiony, bo poprzednim razem to było wymagane ode mnie.
- Przy komputerze, to tylko okulista - powtórzyła pani z okienka.
Uspokojony kontynuowałem obserwację. Z mojego skierowania od pani Basi z sekretariatu w rejestracji wyprodukowano trzy inne dokumenty. Kartę mi nową założono. Pani w rejestracji wypełniła nagłówki w kartach badania w gabinecie medycyny pracy oraz u okulisty. W prawym górnym rogu pojawiły się cyfry: 2, 3 i 7. Żebym wiedział, do jakich gabinetów mam trafić.

Bieg harcerski z przeszkodami
Najpierw był wywiad medyczny. Zanim jednak do niego doszło, jedna z pielęgniarek, na podstawie karty z rejestracji, zaczęła przepisywać moje dane do formularza z pytaniami w stylu: czy palę, czy się upijam i jak często, czy nie chorowałem ciężko i czy w rodzinie wszyscy zdrowi. Były też waga i wzrost. Nie znałem tych parametrów, więc mnie zważono i zmierzono.
- Pójdzie pan do siódemki do pani okulistki, a później do lekarza medycyny pracy do trójki. Okulistka przychodzi trochę później, bo kończy dyżur w szpitalu, Trzeba zaczekać z pół godziny – poinstruowała mnie pielęgniarka.
Idąc do gabinetu okulistycznego, poczułem się jak na biegu harcerskim. Dwa punkty zaliczyłem. Przekonałem się jednak, że do finału było daleko.
Minęło pół godziny oczekiwania, a okulistka się nie pojawiała. Podstawowe badania, polegające na odczytywaniu liter i cyfr z podświetlanej tablicy, wykonała pielęgniarka. Oczywiście wcześniej wypisała kolejny dokument. Było to zaświadczenie, z którym miałem czekać na podpis i pieczątkę okulistki.
Zziajana lekarka wpadła jak bomba, spóźniona około 50 minut. Sprawnie, może nawet nieco automatycznie, zaczęła podpisywać przygotowane zaświadczenia.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama