Reklama

Nie znoszę różowego

Z Igorem Kryszyłowiczem rozmawia Tomasz Markiewicz

- Urodziłeś się w Warszawie. Ustalmy więc: jak trafiłeś do Siedlec?
- Mój ojczym był wojskowym. Los rzucał go w różne miejsca, przenoszono go z jednostki do jednostki. I tak jeszcze w drugiej klasie szkoły podstawowej mieszkałem w Lublinie,
a już w piątej czy szóstej przyjechałem z rodzicami do Siedlec. Do dzisiaj jestem zameldowany w gminie Siedlce.
- Czy bycie tancerzem było Twoim największym marzeniem?
- Tu cię zaskoczę: tancerzem zostałem przez przypadek. Pewnego razu poszedłem z kolegą na próbę zespołu „Małe Podlasie” - tak dla towarzystwa, wcale nie miałem ochoty tam zostać. Tak się jednak złożyło, że któryś z tancerzy zachorował i pani Hania Lipińska poprosiła mnie, żebym zatańczył za niego. I tak się zaczęło. Bez Hani nie byłoby mojej przygody z tańcem. Znano ją z tego, że sama wszystko przygotowywała, dbała o szczegóły, bo chciała jak najlepiej, jak najpiękniej. 
 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama