Reklama

Niknąca postać towarzysza

02/03/2011 09:02

W kinie znowu można usłyszeć „Balladę o Janku Wiśniewskim”. Pierwszą, początkowo lirycznie, później gniewnie, krzykliwie, z pazurem, nieco odmieniając słowa, wyśpiewała Krystyna Janda w zakończeniu „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy. Druga znalazła się w „Psach” Władysława Pasikowskiego. Po pijaństwie w stołówce resortu esbecy biorą na ramiona jednego z nich, który nie potrafi już ustać na nogach. Chwiejnym krokiem idą w stronę kamery, zanosząc się alkoholicznym: „Na drzwiach ponieśli go Świętojańską… Janek Wiśniewski padł…”. „Psy”, opowieść o dobrym ubeku, powstały w 1992 r. Rok później SLD wygrało wybory. Trzy lata później Kwaśniewski, były komunistyczny aparatczyk, został prezydentem. Takie były „Psy”, takie czasy…

„Ballada o Janku Wiśniewskim” śpiewana przez Kazika Staszewskiego w „Czarnym czwartku” Antoniego Krauzego to trzecie filmowe wykonanie tego utworu. I pierwsze kanoniczne, w pełnej wersji. Słuchamy jej na tle napisów końcowych filmu, jeszcze porażeni, wbici w fotel. (Na przykład na popołudniowym seansie, na przykład w niedzielę, na przykład w Novym Kinie w Siedlcach.) Brzmi dynamicznie, gniewnie, zupełnie serio. Bez drwiny, bez ironicznego cudzysłowu. Ale też taki właśnie jest film „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”. Wolny od romantycznych kadrów, szary i realistyczny, do bólu prawdziwy. Nie będzie ten film ulubieńcem tych, którzy zamiast Instytutu Pamięci Narodowej chcieliby mieć Instytut Narodowej Amnezji, oj, nie będzie... O wydarzeniach 1970 r. mówiło się czasami „wypadki grudniowe”. Kto obejrzy „Czarny czwartek” nie będzie już powtarzał tego eufemizmu. Wypadek to coś, co wydarza się mimowolnie, niechcący, nieświadomie. Samochód wpada w poślizg i wpadamy na drzewo. To jest wypadek. Nie chcieliśmy tego. Grudniowa masakra 1970 r. to nie był wypadek. Wszystko zostało cyniczne, świadomie zaplanowane, na zimno obliczone w gabinetach. „Po to, aby Gomułka był obalony, musiało zginąć kilkudziesięciu robotników” – mówi Kazik Staszewski w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. – „Niestety, w filmie brakuje mi dwóch istotnych rzeczy: nie ma w ogóle postaci towarzysza Stanisława Kociołka, który wezwał robotników, by poszli do pracy. Ci zaś, którzy wzięli to za dobre słowa, zginęli. (…) Nie ma też generała Wojciecha Jaruzelskiego, który był ministrem obrony narodowej i decydował o tym, co się dzieje w wojsku. Generał Jaruzelski jest teraz czcigodnym staruszkiem i, okazuje się, że tykać go nie wolno. To mnie dziwi, bo w rozmowach z twórcami filmu wyczułem motywacje narodowo-patriotyczne. Nie wiem, co ich powstrzymało w pokazaniu generała.” Kazik śpiewa w filmie pełną wersję ballady, z wersem „krwawy Kociołek to kat Trójmiasta”. Kłamali, zabijali, robili kariery, mordowali, tłukli do nieprzytomności, na śmierć… A teraz co? Udają dobre miśki? Bo nie wszystko było takie złe? Bo nie chodziło o żaden komunizm, tylko o Nową Hutę i żeby młodzież chodziła do teatrów? Niedobrze się robi. Sprawiedliwość Rzeczpospolitej ich nie dosięgła. Dobrze, że można, choć częściowo, wymierzyć sprawiedliwość artystyczną. Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości