„Co wy mi możecie zrobić? Ja jestem z Siedlec” - miał powiedzieć Wiesław Jobczyk podczas jednej ze scysji na lodzie. I wzbudzał respekt, pokazując, że bycie twardym nie jest zarezerwowane dla niewątpliwie twardych chłopów ze Śląska, gdzie hokej jest świętością. O Wiesławie Jobczyku, ale też innych znanych, a czasem już trochę zapomnianych ludziach siedleckiego sportu i nie tylko sportu będzie można przeczytać w książce Piotra Jakubowskiego „Byliśmy tam”. Z autorem rozmawia Paweł Świerczewski.
Skąd byłemu hokeiście, cenionemu fizjoterapeucie przyszedł pomysł na napisanie książki?
- Nie wiem. Coś mnie do tego zmusiło. Nie jestem literatem, nigdy nie byłem i nie będę. Nawet nie próbuję się silić na szczególną erudycję. Mam jednak potrzebę odwdzięczenia się ludziom, których spotkałem na swojej drodze. Tym, od których się uczyłem, ale też tym, których mogłem ja uczyć. Kluczem była ich wyjątkowość. Napisałem o ludziach wielkich – nie wzrostem, ale sercem i dokonaniami. Niektórzy cieszą się statusem gwiazd, ale przybliżam też postaci teraz już nieco zapomniane, albo takie o których nigdy nie było głośno, choć wykonali kawał dobrej, bardzo potrzebnej roboty. To ludzie głównie ze świata sportu, ale pojawiają się również medycy i artyści. Ale punktem wyjścia książki był hokej...
...czyli dyscyplina szczególnie bliska pana sercu.
- Zdecydowanie. Swoja przygodę z hokejem zaczynałem w siedleckiej Pogoni. Niestety ta nasza Pogoń chyliła się już wtedy ku upadkowi. Rozwiązanie sekcji przypadło akurat na moment, kiedy wyjechałem grać do Gdańska. Tam występowałem w Centralnej Lidze Juniorów w barwach Stoczniowca Gdańsk. Po studiach wróciłem do Siedlec i wspólnie z moimi przyjaciółmi poczyniliśmy starania, żeby hokej reaktywować. To się dokonało w 2008 roku. Dwa lata później powstało lodowisko, które bardziej pozwala się w hokeja bawić niż na poważnie go uprawiać. Oczywiście lepsze takie niż żadne. Prawda jest jednak taka, że obecnie siedlecki hokej kuleje, ale powoli wstaje z kolan. Mamy w mieście trzy hokejowe stowarzyszenia. Dwa zajmują się szkoleniem dzieci i młodzieży, trzecie dedykowane jest powstaniu w regionie hali lodowej. Taka hala byłaby nadzieją, że mający ponad 70-letnią tradycje sport w naszym mieście nie zniknie.
Staram się dużo opowiadać o historii siedleckiego hokeja, żeby uświadamiać mieszkańcom, jak ważnym sportem przez całe dziesięciolecia był dla naszego miasta. Jak wielu znakomitych zawodników, na czele z Wiesławem Jobczykiem wychował. Tak zrodził się pomysł napisania książki. Ale gdy była już prawie gotowa i opowiedziałem o tym mojemu przyjacielowi Ireneuszowi Chrząścikowi, ten stwierdził: „No i co, to ma być niby koniec?”. Ja mówię: „No tak”. „O nie, kochany. Nie, nie. Miałeś zbyt ciekawe życie i zbyt wielu niesamowitych ludzi po drodze, żebyś mógł zakończyć na tym. To niech będzie sobie małą częścią”. No i zmotywował mnie do dalszej pracy. Ostatecznie wyszło 520 stron, podzielonych na 32 rozdziały – każdy poświęcony innej osobie lub grupie osób. Pisałem ją ponad 3,5 roku, ale było warto.
Porozmawiajmy więc o bohaterach publikacji. To będą ich takie „mini-biografie”?
- Moją intencją nie był encyklopedyczny przekaz. Bardziej skupiałem się na ciekawostkach z ich życia. Preferowałem śmieszne sytuacje, choć miejscami będzie też wzruszająco. Chciałem jednak uniknąć zbytniego patosu i takiego zadęcia, bo od tego to można tylko dostać zatwardzenia. A skoro nie jestem pisarzem, więc uznałem, że moja książka musi mieć dużo obrazków, musi być dużo zdjęć, pięknych grafik. Nad poprawnością mojego języka czuwała redaktor Katarzyna Sarnowska, natomiast za kwestię graficzną odpowiedzialna była Aleksandra Trochym-Twarowska. Obu paniom jestem bardzo wdzięczny.
Powiedział pan, że m.in. chciał opowiedzieć o osobach już nieco zapomnianych.
- Kimś takim jest np. Sławomir Zieleniewski, który urodził się w niedalekich Mierzwicach. To jeden z największych ludzi sportu pochodzących z Ziemi Siedleckiej, a podejrzewam, że dziś mało kto go kojarzy. Jego historia to materiał na obszerną książkę, ja wyczerpałem temat zaledwie w niewielkim procencie. Żołnierz AK, trener polskiej kadry młociarzy w okresie „Wunderteamu”, wychowawca wielu medalistów olimpijskich, jeden z twórców uczelni Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku. Jego życie to zbiór nieprawdopodobnych historii z czasów przedwojennych, wojennych i powojennych. Miałem zaszczyt poznać go osobiście, kiedy jako młody student wpadłem pod jego skrzydła. Sam mnie wynalazł, gdy spostrzegł, że jestem z Siedlec, czyli jego rodzinnych stron. Fantastyczny człowiek. Gdy zwróciłem się do jego rodziny, że chciałbym o nim napisać, byli bardzo zaskoczeni, że ktoś jeszcze o tacie pamięta. Jego córka – dziś około 80-letnia kobieta, jeśli zdrowie jej pozwoli, obiecała, że przyjedzie na spotkanie autorskie. Kilka lat młodszy syn, który jest w znakomitej formie, stwierdził, że na pewno go nie zabraknie.
Wielu bohaterów pana publikacji już odeszło?
- Część, bo to nie był klucz, którym się posłużyłem. Są postaci, które mają się bardzo dobrze i są wciąż aktywne zawodowo. Ale np. czterech hokeistów, którzy jeszcze niedawno uczestniczyli w jubileuszu 70-lecia siedleckiego hokeja, niestety już zmarło. W tym gronie jest Łukowianin Grzegorz Opolski. To nazwisko przewijało się w starych publikacjach na temat hokeja w Siedlcach. Chciałem do niego dotrzeć, gdy zbliżał się jubileusz, ale nikt nie miał z nim kontaktu, wiadomo było tylko, że mieszkał w Łukowie. Uruchomiłem wszelkie kontakty, jakie mam w tym mieście i znajoma dostarczyła mi kartkę z listą 20 osób z nazwiskiem Opolski oraz ich numerami telefonu. Miałem takie szczęście, że już pierwszy telefon był strzałem w dziesiątkę. Odebrał mężczyzna – syn Grzegorza, którego poszukiwałem. W ten sposób udało mi się dotrzeć do jego taty i sprawić, by mógł uczestniczyć w gali 70-lecia. Gdy po uroczystości, późną nocą odwoziłem pana Grzegorza do domu i przekazałem mu kilka pamiątek, w tym stare zdjęcia, na których był razem z kolegami z dawnych lat, powiedział: „Dał mi pan najszczęśliwszy dzień w moim życiu”. Miesiąc później zmarł. Nie wiem, jak wyglądało jego życie i czy rzeczywiście tamten dzień był tym najszczęśliwszym, ale czuję ogromną satysfakcję, że on tak uznał.
Wzruszająca historia. To fantastyczna sprawa ocalić od zapomnienia opowieści o takich ludziach. Ale książka ma być także o gwiazdach sportu, o których wydaje się, że zaangażowany kibic wie już prawie wszystko. Czy uda się panu czymś zaskoczyć czytelnika?
- To może przytoczę taką sytuację, kiedy Wiesław Jobczyk – jeden z bohaterów mojej książki, musiał stanąć naprzeciwko mocnych ludzi ze Śląska, żeby postawić swoje warunki i stać się jednym z najlepszych w kadrze narodowej. Przebijał się do składu w Beldonie Katowice, później w Zagłębiu Sosnowiec, aż w końcu rzeczywiście został tym najlepszym. A na lodzie bywało bardzo gorąco, bo hokej zdecydowanie nie jest sportem dla grzecznych chłopców. I w jednej z takich sytuacji Wiesiek odezwał takim zdaniem: „Co wy mi możecie zrobić? Ja jestem z Siedlec”. I rzeczywiście wzbudzał respekt. Czy to historia, która funkcjonuje w powszechnym obiegu? Wydaje mi się, że nie. Będzie mnóstwo takich smaczków. Wśród bohaterów jest wielu wyśmienitych sportowców – olimpijczyków i medalistów olimpijskich. Wspomnę choćby o Lidii Chojeckiej, Marcinie Dołędze, Szymonie Kołeckim czy Zygmuncie Smalcerzu. Pan Zygmunt – złoty medalista olimpijski, kilkukrotny mistrz świata, trener reprezentacji ciężarowych Polski, Stanów Zjednoczonych, Norwegii, dziś już starszy człowiek, był bardzo zaskoczony, że chcę o nim napisać. Bije od niego niesamowita skromność, a przecież ile osiągnął. Miałem niebywałe szczęście spotykać na swojej drodze tak wybitnych ludzie. Jestem dumny, że obdarzyli mnie zaufaniem i zdecydowali opowiedzieć o swoim życiu.
Wielu znanych sportowców poznał pan dzięki pracy zawodowej, ciesząc się w środowisku opinią znakomitego fizjoterapeuty.
- Jestem bardzo wdzięczny ludziom, którzy mnie wprowadzili do sportu wyczynowego. Jako młody chłopak, uczący się zawodu, nie znaczyłem wiele. Natomiast dzięki małżeństwu,Soćko – Ryszardowi i Danucie, którzy mi zaufali i zaproponowali pracę przy podnoszeniu ciężarów, wyniosłem swoją prace na zupełnie inny poziom. Byli dla mnie też przykładem tego, jak można poświęcić swoje życie. Ich niesamowita pasja przekuła się na wybitne wyniki polskich sztangistek. Ale w sportowcu zawsze widzieli coś więcej niż maszynki do robienia medali. Widzieli młode dziewczyny, często z problemami, którym należy w życiu pomóc, stąd też postawiony przez nich wymóg, by każda zdała maturę. Mówili: „Co zrobisz, jak nagle wyłamie się nadgarstek? Kontuzja łokcia czy kolana, a ty nie będziesz miała szkoły, nie będziesz miała zawodu. Co zrobisz?”. I teraz te dziewczyny mają poukładane życia, skończone studia, dobre zawody, założone rodziny. Oczywiście państwa Soćków nie mogło zabraknąć w mojej publikacji.
Wspomniał pan, że wśród bohaterów są postaci wciąż aktywne zawodowo, czyli ich dorobek wciąż się buduje. Komu daje pan największą szansę na „dopisanie” do swojej historii kolejnych znaczących kart?
- Ja bym bardzo sobie życzył, żeby dalsze rozdziały dopisywali tacy ludzie jak Tomek Araszkiewicz – człowiek bardzo zasłużony dla siedleckiej koszykówki. Jego UKS Basket wciąż się rozrasta, ma bardzo rozbudowane struktury i potencjał, żeby zdecydowanie mocniej zaistnieć. Jest Arkadiusz Mazurkiewicz – człowiek, który zrobił w Siedlcach ekstraklasę, za co należy mu się ogromny szacunek. Miał w życiu różne zawirowania, a teraz pomaga ludziom w swoim gabinecie terapeutycznym, a i w sporcie mam przeczucie, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie mam również wątpliwości, że kolejne sukcesy, na rożnych polach, będzie dokładał Szymon Kołecki – niesamowicie ambitna bestia. To człowiek wiecznie niespokojny, który nie mógłby tak po prostu powiesić zdobytych medali i się na nie patrzeć. Wciąż łaknie więcej i więcej. Nie widziałem drugiego takiego sportowca, który po bardzo ciężkiej kontuzji kręgosłupa, wrócił na wcześniejszy poziom, a później jeszcze zdobywał medale olimpijskie. Pracowałem z nim wtedy, więc doskonale wiem, jak to wszystko wyglądało.
Rozochocił się pan w literaturze. Będą kolejne pozycje?
- Nie wiem, panie Pawle, może już nie przesadzajmy (śmiech). Jestem cały czas czynny zawodowo. Jak ktoś z moich znajomych dowiaduje się, że napisałem książkę, wiedząc jak dużo pracuję, pytają: „Kiedy ty to zrobiłeś?". Ale noc może być tak samo ciekawy jak dzień. Może i czasem nadmiar snu nie jest wskazany?
***
Promocja książki Piotra Jakubowskiego „Byliśmy tam” odbędzie się 28 sierpnia w Dworze w Ostrówku. Patronat medialny nad wydarzeniem objął TVP Sport. Poprowadzi je redaktor Patryk Rokicki. Pierwszy nakład wyniesie 500 egzemplarzy. Książka znajdzie się w prywatnym obiegu, ale czynione są też starania, żeby trafiła na półki Empiku i do sprzedaży online. Na portalu „Zrzutka” uruchomiono zbiórkę środków, które wesprą pokrycie kosztów związanych z wydaniem się publikacji. Każdy może dorzucić swoją cegiełkę pod linkiem https://zrzutka.pl/6sev75. Aktualne informacje na temat książki można znaleźć na fanpejdżu: „Piotr Jakubowski Byliśmy tam”.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze