Po czterech latach życia na oceanie, tysiącach mil morskich i dziesiątkach odwiedzonych krajów, Kowiescy wrócili do Siedlec. 11 maja nad zalewem, tuż obok „żaglówki”, powitali ich przyjaciele, rodzina, a także mieszkańcy Siedlec, którzy przyszli poznać żeglarską ekipę. Była radość, wzruszenia, opowieści i słowa pełne wdzięczności.
Kapitan Maciej Kowieski marzenie o opłynięciu świata nosił w sobie od dawna. Przyszedł czas, że stwierdził, „to już ten moment” i wraz z żoną Martyną i czwórką dzieci, zdecydowali się podjąć wyzwanie. Przez 1460 dni ich domem był jacht Donna. Na jego pokładzie przepłynęli 40 tysięcy mil morskich i odwiedzili 33 kraje. Choć świat zachwycał, rodzina tęskniła już za najbliższymi i „przystanią” w Siedlcach. Jak sami podkreślali, z wielką radością wrócili „do rodziny, przyjaciół i tego pięknego miasta”.

– To niesamowite wrócić po takim czasie i zobaczyć tyle przyjaznych twarzy – mówiła wzruszona pani Martyna podczas spotkania powitalnego. – W trudnych momentach mogliśmy liczyć na ludzi z Siedlec. Na wasze wsparcie, dobre słowo, telefon o każdej porze dnia i nocy. Dawaliście nam siłę, żeby nie przerwać tej wyprawy, płynąć dalej i pamiętać, po co wypłynęliśmy.
Członkowie załogi przywieźli z rejsu „ocean” wspomnień. Najstarsza córka Malwina przyznawała, że jednym z największych wyzwań było nauczenie się życia ze sobą 24 godziny na dobę. Podkreślała też, że podróż pokazała im, że dobrzy ludzie są wszędzie. – Uwielbiam poznawać nowe kultury. W każdym miejscu na świecie spotykaliśmy fantastycznych ludzi – mówiła.
Ich rejs rozpoczął się i zakończył się w Chorwacji. Najmłodsza uczestniczka wyprawy – Marysia, opuszczała tam Donnę ze łzami w oczach. Dziewczynka nie pamięta już jak to było żyć na lądzie... Jacht był przecież dla rodziny czymś więcej niż środkiem transportu – był szkołą, placem zabaw i domem jednocześnie.
Marcel wspominał przede wszystkim przygody: wspinaczki na wulkany, nurkowanie przy rafach i Australię, która zrobiła na nim ogromne wrażenie.
– Ocean był najlepszy. Kochamy rafy, nurkowanie i surfing – podsumowała w imieniu całej czwórki dzieci Malwina. Przyznała też, że czasem podczas pobytu na lądzie, męczące było ciągłe zainteresowanie ludzi i spojrzenia wynikające z tego, że nie byli „tutejsi”, wyglądali inaczej. Odwiedzali bowiem również regiony, gdzie nie ma turystów.
Podczas spotkania nie zabrakło także wątków humorystycznych. Zapytani przez wiceprezydenta Dariusza Stopę, w jaki sposób udało się przekonać dzieci do udziału w tej wyprawie, rodzina zdradziła, że przed wypłynięciem obiecali dzieciom psa na pokładzie. Szybko jednak okazało się, że życie kilku osób na jachcie to wystarczające wyzwanie. – Wciśnięcie tam jeszcze psa byłoby ponad moje siły mentalne – śmiała się pani Martyna. – A do tego formalności związane ze zwierzęciem podczas schodzenia na ląd dodatkowo by nas ograniczały, musielibyśmy odbywać kwarantanny – przyznała.
Kowiescy podkreślali, że po latach podróży jeszcze bardziej docenili Europę. Zachwyciło ich Morze Śródziemne i Grecja. W chorwackiej marinie również czekało na nich niezwykłe powitanie – z muzyką i racami.
– Szukaliśmy piękna po całym świecie, a okazuje się, że tak wiele mamy tutaj, blisko – mówili.
– Dziękujemy wam za to, że w każdym porcie mówiliście o Siedlcach – podkreślił wiceprezydent Stopa.
Spotkanie powitalne nad siedleckim zalewem zorganizowało MTZ Korba. Tego popołudnia wiatr znów mocno wiał w żagle!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
To teraz poleci nowoczesna klasyka czyli podcasty, wywiady, 8 książek... W ogóle co to za laurka? Podziwiam wyzwanie, ale to wyzwanie było dla Was czy dla nas, a może dla samego kapitana i jego ambicji? Ojciec realizuje swoje niespełnione marzenia, a dzieci przez 4 lata są poza domem, a ich atrakcją są mewy.
Jakbyś miała pieniądze to spelniłabyś ambicje. A tak to co najwyżej to pisanie komentarzy pozostaje
Nie znam się ale z chęcią się wypowiem :D
Nie znasz ich to się nie wypowiadaj. Cały czas tylko aby cokolwiek zanegować i obsmarować ,wypociny frustrata .
Fajna przygoda i spełnienie marzeń dla żeglarza i jego rodziny ale żeby robić z tego jakieś wydarzenie medialne, społeczne to chyba przesada. Wiele osób podróżuje dookoła świata i się tym nie chwali, bo w dzisiejszych czasach to już nic nadzwyczajnego. Chyba, że 4 lata doświadczeń żeglarskich przełożą na jakiś praktyczny poradnik zadbania o zaplecze to przeprowadzenia takiej wyprawy, aby nie powielać ich błędów. Tyle, że mało kto chce po fakcie przyznawać się , że je popełnił.
Najlepiej strzela się bramki siedząc w fotelu i z łatwością przemierza morza i oceany, bo w dzieciństwie płynęło się z Helu do Gdyni. Czym innym jest podróż dookoła świata, a czym innym rejs dookoła świata. Wystarczy uruchomić wyobraźnię.
To teraz poleci nowoczesna klasyka czyli podcasty, wywiady, 8 książek... W ogóle co to za laurka? Podziwiam wyzwanie, ale to wyzwanie było dla Was czy dla nas, a może dla samego kapitana i jego ambicji? Ojciec realizuje swoje niespełnione marzenia, a dzieci przez 4 lata są poza domem, a ich atrakcją są mewy.
Jakbyś miała pieniądze to spelniłabyś ambicje. A tak to co najwyżej to pisanie komentarzy pozostaje
Nie znam się ale z chęcią się wypowiem :D