Reklama

Widoki ze szczytu góry

Co może się dziać ze zmarłym człowiekiem między kostnicą a cmentarzem? O tym, co działo się w jednym z zakładów pogrzebowych, wstrząsająco opowiedział jego były pracownik, Krzysztof. Nie wiadomo, ile w tym prawdy. Jedno jest pewne - firmy pogrzebowe funkcjonują dzięki cieniutkiej nitce zaufania, jaką obdarzają je rodziny zmarłych. Gdy zaczynają rwać tę nić...

Osoby prowadzące zakłady pogrzebowe mówią, że firmy te działają w sferze zaufania publicznego. Jednocześnie w naszym kraju funkcjonują one na prawnym i etycznym pustkowiu. Nie ma jednolitego prawa funeralnego, a kodeksy etyczne, opracowywane przez branżowe stowarzyszenia, są ich własnymi regulaminami. Przedsiębiorcą pogrzebowym może zostać człowiek z ulicy. Nie musi mieć fachowego przygotowania, ani wykształcenia, nikogo nie interesuje jego poziom etyczny. 

Obelżywie do zmarłych 
– Nie każdy może wykonywać prace w zakładzie pogrzebowym. Mam przykład. Przez ostatnie pół roku użyłem kieratu w jednym z zakładów w Łukowie. Wcześniej pracowałem w podobnej branży, także w szpitalu. Nie boję się zmarłych. Jednak to, czego byłem świadkiem, a czasem wykonawcą, nie pozwala mi normalnie żyć. Chcę o tym powiedzieć ze względu na dobro rodzin, które zechcą skorzystać z usług pogrzebowych – rozpoczął swoje wyznanie Krzysztof. – Prowadzący ten zakład pozwalali na czyny nieetyczne. Wyjawiając ich tajemnice, chciałbym odzyskać wewnętrzny spokój. Chcę mówić o zmarłych i ich traktowaniu – zastrzega Krzysztof. – Gdy podjąłem pracę, na czarno, bo mnie nie zarejestrowano, właściciele oferowali akurat nową usługę - przechowanie ciał w chłodni. Wydanie opinii przez Sanepid w Łukowie, o dopuszczeniu do użytku nowych obiektów przeciągnęło się o miesiąc. A chłodnia już pracowała. Nielegalnie. Ale liczył się zysk. To jednak nic. 

W tej firmie były sytuacje wskazujące na brak szacunku dla zmarłych i powagi wobec majestatu śmierci, jakie każdy, a w szczególności personel i właściciel, powinni okazywać. Pracowałem w złych warunkach, bez należytej ochrony, bez narzędzi i środków - zamiast pęset czy szczypiec do tamponowania nosa i gardła, miałem używać starych nożyc, do zamykania oczu i ust kleju „Super Glue”. Mężczyźnie zakładano damską bieliznę. Środki higieniczne absurdalnie oszczędzano, jednorazowych maszynek do golenia używało się wielokrotnie, a tą samą wodą, którą zmyto z podłogi treść pokarmową, umyto całe pomieszczenie. W samochodach nie widziałem preparatów do odkażania. Po transporcie zmarłych auta myto z węża na podwórku. Przy ekshumacji nie przestrzegano zasad BHP, nie dostaliśmy ubrań ochronnych. Dziwaczne zachowania, niemoralne propozycje, niewybredne żarty ze zmarłych i ich ciał oraz straszenie, że np. wstał nieboszczyk, zdarzały się za często, bym to tolerował. Właściciel, któremu się skarżyłem, twierdził, że „lepiej żartować, niż umierać”. Dla mnie te żarty były obelżywe. 

Kodeks Etyczny? To nas nie obowiązuje! 
– Branża pogrzebowa w Polsce jest specyficzna. Nie ma tu szkół przygotowujących do zawodu, a nie każdy, tak jak Ireneusz Migdał, z firmy „Nekros” z Gorzowa Wielkopolskiego, jedyny w kraju dyplomowany balsamista, może ukończyć Francuski Instytut Tanatopraksji. Większość firm, to przedsiębiorstwa kontynuujące tradycje. Lecz teraz znajomość branży to za mało. Wspieramy właścicieli, organizując doskonalenie zawodowe – informuje Dariusz Dutkiewicz, dyrektor Biura Polskiej Izby Przedsiębiorców Branży Pogrzebowej w Warszawie. PIPBP to największa organizacja samorządowa, skupiającą osoby tego środowiska. Powołano ją m.in., by pilnowała poszanowania prawa i zasad etycznych. Instrumentem, z którego korzysta, jest Kodeks Etyki. Jest też ustawa sprzed ponad połowy wieku, która nijak nie przystaje do dzisiejszych czasów, więc nie ma co o niej wspominać. Poza tym nie istnieją skuteczne metody kontroli rynku, związanego z pochówkiem i tym, co następuje przed pogrzebem. Prezes PIPBP, Łukasz Koperski, twierdzi, że Kodeks obowiązuje członków Izby. – Prowadzący zakłady są ludźmi zaufania publicznego. Jak lekarze czy prawnicy – mówi Ł. Koperski. – Muszą zwracać uwagę na etykę. Odpowiadają za naruszanie zasad. Sąd Koleżeński może nałożyć kary: od nagany do usunięcia z Izby po prawomocnym wyroku skazującym, co wiąże się z utratą certyfikatu Izby, zrównanego z certyfikatem jakości. Mogą być też inne kary i przesłanie informacji do lokalnych władz. Nie chcemy mieć w szeregach aferzystów, o których będą trąbić media. Jednak przynależność do Izby nie jest obowiązkowa. W Siedlcach należy do niej tylko przedsiębiorstwo „Anima”, w Łukowie - „Hades”. I nie jest to zakład, gdzie ostatnio pracował Krzysztof, autor dramatycznych opowieści. 

Kłamstwa konkurencji sieją zniszczenie 
Przedsiębiorcy funeralni mają własną prasę, która informuje o przygotowaniach do pochówków, o środkach do tanatopraksji czy kosmetyki pośmiertnej, środkach do higieny w zakładach i o BHP. Podpowiada też, jak w danej sytuacji powinni zachowywać się świadczący usługi. W miesięczniku „Kultura pogrzebu” napisano, że „profesjonalna obsługa i wystrój wnętrz [zakładów pogrzebowych - przyp. red.] to jedne z czynników, które decydują o opinii klienta na temat [...] zakładu”. Odwiedziłem firmę z opowieści Krzysztofa. Otwarta na oścież brama, piaszczyste podwórze, a na nim kilka budynków. W jednym z nich mieści się stolarnia, gdzie są produkowane trumny. Przy ruchliwej ulicy. Fryzjerce z naprzeciwka nie podoba się ten brak estetyki. Do zakładu pogrzebowego wchodzi się przez salon wystawowy, gdzie wzory trumien stoją poopierane o ścianę. W kącie na lewo biurko i krzesła. Tam rozmawia się z klientami. Młodszy współwłaściciel jest nerwowy, ruchliwy i głośny. Starszy - rzeczowy i spokojny. Obaj ubrani w codzienne ciuchy. Wewnątrz chłodno. Na prawo od drzwi widzę wejście do pomieszczeń chłodni i sali kosmetyki pośmiertnej oraz na zaplecze do szatni personelu. Do wyposażenia nie można zgłaszać zastrzeżeń. Jest to, czego wymagają przepisy Sanepidu. Rzucają się w oczy okołopółlitrowe pojemniki z płynami dezynfekcyjnymi (Czy nie mało jak na zakład?). Na haczyku wiszą stare nożyce z ułamaną rączką, a na półeczce stoi kosmetyczny przybornik z: pęsetką, pilniczkiem i gilotynką do paznokci. Taki, jakie można nabyć w kiosku. W sali do ubierania jest prysznic, lecz nie ma gumowych fartuchów. Właściciel wyjaśnia, że używają jednorazowych z flizeliny, a obuwie do pracy przynosi się z domu. Za to lateksowych rękawic i okrągłych maseczek, jak z budowy, jest pod dostatkiem. – Dużo miewacie klientów? – pytam właścicieli. – W ostatnim miesiącu mieliśmy 5 pogrzebów. Zazwyczaj jest więcej, do 10. Ale zbankrutujemy, jak pan napisze kłamstwa, które o nas wygaduje Krzysztof. Mści się za to, że go zwolniliśmy. Zamierzaliśmy go zarejestrować, ale nie chciał. 

Mówił, że się rozwodzi, że woli pracę na czarno. O tym, jak przygotowywał ciała, to my w szczegółach nie wiedzieliśmy. Przyjęliśmy człowieka, który twierdził, że umie to robić. On ubierał, więc nic nie wiemy o bieliźnie, poza przypadkiem, gdy mężczyźnie założono majtki... no... takie uniwersalne. Zostały z pogrzebu pewnej kobiety. Nie wtrącaliśmy się w jego pracę. To on stosował ten klej, zakładał tampony. Mamy specjalny proszek Ardol, który zatrzymuje płyny, by nie wyciekały np. z ust czy z nosa. Kupiliśmy pęsetkę, ale te tampony można popchnąć nawet patyczkiem od loda. Nie interesowaliśmy się, jak to robił. Pomagaliśmy tylko przenosić ciała. Niegodziwości wobec zmarłych? Żarty i bezczeszczenie zwłok? To kłamstwa! Brak higieny? Sanepid nie ma zastrzeżeń, a samochód ze dwa razy myliśmy na podwórku. Zawsze jest odstawiany do myjni. Nerwy? To Krzysztof był nerwowy. Raz rzucił się nawet do bicia jednego z nas – mówią współwłaściciele krytykowanej firmy. – Krzysztofa nasłała konkurencja, by zniszczyć nam firmę. My na niego też coś mamy: nielegalnie handluje samochodami! 

Kto pierwszy rzuci kamieniem? 
Wiesława Papierska
z Turka, współzałożycielka PIPBP, nie zostawia suchej nitki na nieuczciwych przedsiębiorcach. Mówi, że ograniczając koszty, prowadzą działalność w byle jakich warunkach. – Te pseudozakłady biorą ludzi z ulicy i psują wizerunek całej branży! Prezes Izby, Ł. Koperski, uważa, że słynna łódzka afera „łowców skór”, to czubek góry. Chodzi też o lekceważenie rodzin i przedmiotowe podchodzenie do zmarłych. Karygodne jest pomawianie konkurencji. W tym momencie aż chce się zacytować biblijną zasadę o tym, że kamieniem może rzucać ten, kto sam jest bez grzechu. [J 8,1-11]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama