Jeszcze niedawno odnosiła sukcesy przy stole, dziś szkoli młode talenty i współtworzy przyszłość siedleckiego tenisa stołowego. Agata Pastor-Gołda – wielokrotna medalistka mistrzostw Polski i uniwersjady – stała się w ostatnich miesiącach twarzą tenisowej Pogoni Siedlce. W rozmowie z Pawłem Świerczewskim wspomina sportową drogę, mówi o pracy z dziećmi i opowiada o marzeniu odbudowy pozycji lokalnego tenisa.
Czy często wraca Pani pamięcią do lat kariery?
– Cały czas mam w głowie swoją tenisową historię. Grać nauczył mnie nieżyjący już tata, Kazimierz. W rodzinnym domu w Chodowie w tenisa grało się w każdej wolnej chwili. Już w szkole podstawowej trafiłam do siedleckiej Pogoni, gdzie trenowałam pod okiem Sylwestra Dąbrowskiego i Jana Sochackiego. Byłam tak zafascynowana grą, że nawet nie zastanawiałam się, w jakich zawodach startuję. Liczyło się tylko to, żeby grać i wygrywać. Pamiętam, jak po jednych zawodach trener Dąbrowski podszedł do mnie i powiedział: „Agatko, właśnie zostałaś mistrzynią Polski”. Byłam kompletnie zaskoczona, bo nawet nie wiedziałam, że biorę udział w mistrzostwach! (śmiech)
Jako bardzo młoda dziewczyna wyjechała Pani z domu, by rozwijać talent. To musiało być duże wyzwanie.
– To była jedyna droga. Miałam 14 lat, gdy wyjechałam do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Krakowie. Warunki do rozwoju były znakomite: indywidualne nauczanie, pięć godzin treningów dziennie, ogromne wsparcie opiekunów. Wszystko było poukładane tak, by wycisnąć z talentu maksimum. Rozwijałam się bardzo szybko. Po maturze propozycje złożyły mi praktycznie wszystkie kluby ekstraklasy. Mogłam wybierać. Zależało mi jednak na połączeniu sportu z nauką, dlatego zdecydowałam się na AZS Częstochowa, współpracujący z Akademią Jana Długosza. To był bardzo dobry wybór i zabezpieczenie na przyszłość. Później grałam jeszcze w MKTS Polkowice i SKTS Sochaczew. Osiem lat temu odeszłam od stołu, przynajmniej jako zawodniczka.
Tęsknota czasem wraca?
– Oj, ciągnie wilka do lasu! Nawet kilka miesięcy temu dostałam propozycję gry w niższej lidze. Pierwsza myśl była taka, żeby się zgodzić. Dopiero mąż sprowadził mnie na ziemię, przypominając, że mam dom, dwie córeczki, pracę i treningi. Już teraz 24 godziny na dobę to dla mnie za mało (śmiech).
Z czego jest Pani najbardziej dumna?
– Z tego, że się nie pogubiłam. A mogłam, bo mieszkając poza domem, nie miałam nad sobą żadnego „bata”. A jednak trenowałam sumiennie i dbałam o naukę. Uważam, że wycisnęłam ze swojej kariery 100 procent. Dziś pracuję jako nauczycielka wychowania fizycznego w szkole w Grali-Dąbrowiźnie – moim zdaniem - najlepszej na świecie. Panuje tam rodzinna atmosfera, a ja czuję, że to, co robię, ma sens. Zarażam dzieci pasją do tenisa.
Sport wciąż jest ważną częścią Pani życia. W MKS Pogoń Siedlce pełni Pani dwie role – trenerki i członkini zarządu.
– Weszłam do zarządu, bo marzy mi się, aby siedlecki tenis wrócił na należne mu miejsce, czyli do grona wiodących sportów w mieście. Czasy ekstraklasy czy I ligi były wspaniałe: mnóstwo kibiców, znakomici wychowankowie. Niestety wszystko podupadło. Boli mnie to, bo kocham ten sport. Sama nic nie wskóram, ale wierzę, że wspólnymi siłami można to jeszcze odbudować. Największą wagę przykładam do pracy z dziećmi i młodzieżą, bo w nich jest nadzieja na lepszą przyszłość.
Dzisiaj na dzieci często się narzeka i mówi, że nic im się nie chce poza patrzeniem w ekrany smartfonów i komputerów. Podziela Pani to zdanie?
– Dużo trudniej jest dzieci czymś zainteresować i zachęcić do aktywności. Mają po prostu za dużo pokus. A jednocześnie, gdy już połkną bakcyla, potrafią oddać się sprawie całkowicie. Na „pogoniowe dzieci” nie mogę powiedzieć złego słowa. Dla swoich podopiecznych chcę być jak najlepszą trenerką. Wykorzystać doświadczenie pracy pod okiem takich szkoleniowców jak Leszek Kucharski czy Xu Kai. Chłonęłam ich wiedzę jak gąbka, a teraz chcę się nią dzielić. Myślę, że dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę ze sportem, kontakt z kimś, kto przeszedł całą drogę od amatora do profesjonalisty, jest czymś bardzo cennym. Pokazuje, że sukces jest możliwy. Chcę, żeby moi uczniowie mieli kontakt ze sportem na jak najwyższym poziomie, dlatego zamierzam zabrać ich do Działdowa na mecz Ligi Mistrzów z naszpikowanym gwiazdami klubem z Francji. Sama mam dreszcze, jak o tym myślę, a co dopiero nasi chłopcy.
Wśród Pani podopiecznych jest córka Iga, która już teraz osiąga bardzo dobre wyniki. Niedaleko padło jabłko od jabłoni.
– Nie wiem, czy to było profesjonalne, ale Iga od najmłodszych lat jeździła ze mną na treningi, które prowadziłam. Napatrzyła się i bardzo chciała spróbować. Podobnie jest teraz z czteroletnią Kają. Iga w tym roku będzie miała osiem lat. Trenuje bardzo sumiennie, przede wszystkim pod moim okiem, ale też męża, Łukasza, który ma przeszłość zawodniczą na poziomie I ligi. Na razie wszystko bardzo dobrze się układa, ale uważam, że na linii trener–zawodnik zdecydowanie lepsza jest neutralna relacja. Do swoich szkoleniowców, niezależnie od tego, jaka dzieliła nas różnica wieku, zawsze zwracałam się „trenerze”. Powinien być zdrowy dystans. Trudno o to w rodzinie, ale póki co jest bardzo dobrze. Iga jest zachwycona, wie, po co trenuje, podchodzi do tego poważnie. Jestem z niej dumna.
Co by było, gdyby córka zechciała iść w Pani ślady?
– To bardzo trudne pytanie. Rozmawialiśmy o tym nawet z mężem. Wydaje mi się, że bym tego nie chciała. Uważam, że rodzice zrobili dla mnie wspaniałą rzecz, pozwalając na wyjazd z domu w tak młodym wieku dla dobra mojej kariery. Wykazali się ogromną odwagą i zaufaniem. W stosunku do własnych dzieci chyba nie byłabym w stanie się na to zdobyć. Nie przeżyłabym tego psychicznie, ciągle bym się zamartwiała. A jednocześnie jestem wdzięczna mamie i tacie za tamtą decyzję, bo dzięki niej przeżyłam niesamowitą przygodę. Tłumaczę sobie, że wtedy były inne, spokojniejsze czasy. A może to ludzie byli inni?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ping Pong to nie sport.
Pewnie za sport uważasz mordobicie w klatce :) czy inne twory na sterydach :)
Przecież na sekcji pingponga pogoni nie ma zadnego szkolenia ani dzieci ani tym bardziej młodzieży a Córka Pani nie została wytrenowana prez klub pogon tylko indywidualne . ilosc dzieci na treningach oraz na turneijach wojewódzkich mowi sama za siebie
Ping Pong to nie sport.
Pewnie za sport uważasz mordobicie w klatce :) czy inne twory na sterydach :)
Przecież na sekcji pingponga pogoni nie ma zadnego szkolenia ani dzieci ani tym bardziej młodzieży a Córka Pani nie została wytrenowana prez klub pogon tylko indywidualne . ilosc dzieci na treningach oraz na turneijach wojewódzkich mowi sama za siebie