Reklama

Karp z siedleckiego zalewu

Do tej pory to ja byłem niekwestionowanym guru, a przynajmniej tak mi się wydawało. Bo w końcu to ja jestem wędkarzem już od pół wieku, a syn zawsze pobierał u mnie nauki. Niestety, ta naturalna kolej rzeczy została najwyraźniej zachwiana, żeby nie powiedzieć, runęła z wielkim hukiem.

A wszystko za sprawą weekendowego wypadu nad zalew w Siedlcach. Miało to być miłe spędzenie kilku godzin w rodzinnym gronie na świeżym powietrzu, a skończyło się detronizacją mistrza i dobitnym potwierdzeniem zasady, że uczeń często przerasta mistrza. I robi to dobitnie i bezdyskusyjnie.

Reklama

Nie da się tego ująć w delikatniejsze słowa, bo jeśli syn łowi karpia o wadze blisko 9 kilogramów a ten, który przez lata mienił się mistrzem musi się zadowolić karasiem o wadze pół kilograma, to sprawa wydaje się ostatecznie przesądzona.

Generalnie jednak nie o pokoleniowych zmianach chciałem poinformować, ale o tym, jak ma się siedlecki zalew po zimowej przerwie w wędkowaniu, a przede wszystkim po wielkiej katastrofie ekologicznej, jaka w ubiegłym roku dotknęła ten zbiornik. W jej wyniku padły tony ryb, przede wszystkim sandaczy, szczupaków i sumów. Wśród śniętych ryb nie było jednak karpi, leszczy, płoci, linów czy innego „białorybu”. To dawało nadzieje, że te gatunki ryb przetrwały. I ciepła wiosna pokazuje, że tak jest w istocie.

Reklama

Wybraliśmy się nad zalew raczej na mniejsze ryby, dlatego i zestawy i przynęty były do tego dostosowane. Żyłki 0,14 - 0,16 milimetra, delikatne federy a jako przynęta „pinka” i niewielkie „kulki” do „metody”. I mieliśmy tak, jak chcieliśmy - owszem, brały, ale małe ryby. Oczywiście dominowały zdecydowanie, jak to na zalewie tradycyjnie bywało, małe leszczyki - 20-35 centymetrów. Takich złowiliśmy kilkanaście. I to nieco uśpiło naszą czujność, bo taki leszczyk wędki do wody nie wciągnie. A karp, a i owszem, nawet nie jakiś okazowy.

I szczytówka „federa” wygina się gwałtownie i zdecydowanie. To na pewno nie jest branie leszczyka. A czego? Tego nie wiadomo bo spóźniam się z zacięciem. Mija kilkanaście minut i syn nie popełnia tego samego błędu. Szczytówka się wygina a on w porę zacina. I opór! Wiadomo, że jest gruba ryba, ale zanim będzie ją można zobaczyć, minie jeszcze sporo czasu. Bo nie będę się rozwodził nad tym, jak się holuje grubą rybę na delikatny federek. Dopiero w odległości kilku metrów od brzegu ryba pokazuje swoją prawdziwą moc i co chwila robi „odjazdy”, takie po 10-15 metrów. A ja oczywiście cały czas udzielam instrukcji - popuść, przytrzymaj, dokręć, poluzuj...

Reklama

- Skończ mi już wreszcie gadać - słyszę od wyraźnie już poirytowanego syna. - Patrz lepiej i się ucz, jak duże ryby łapać...

Nawet nie zdążyłem zareagować na tę niebywałą impertynencję, bo w tym momencie syn podebrał wielkiego karpia. Blisko 9 kilogramów! Skończyłem gadać, złożyłem gratulacje. Nie ukrywam, że może trochę wymuszone. Bo sam nie tylko takiego, ale nawet porównywalnego karpia, nigdy (czyli jak już wspomniałem przez jakieś pół wieku) nie złowiłem. Na otarcie łez tego dnia złowiłem jeszcze ładną karaś (ponad 0,5 kilograma). Wniosek z tego wypadu nad wodę jest taki, że ryby w zalewie są, ale za to giną autorytety dla których młodzi nie mają żadnej litości.

Reklama

Generalnie ten piękny karp nie jest jakąś przypadkową zdobyczą, co potwierdzają filmiki zamieszczane w internecie. „Karpiarze” regularnie łowią karpie i amury o wadze od kilku do kilkunastu kilogramów! To efekt tego, że nad zalewem obowiązuje zakaz zabierania karpi o długości ponad 50 centymetrów. Ten „nasz” miał 73 centymetry.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości