Reklama

Komediowy mix

Na „Śluby panieńskie” Filipa Bajona czekałem od roku, a mówiąc ściśle: od trzynastu miesięcy. Od tamtego wrześniowego dnia, spędzonego na planie, najpierw pod Sowią Górą, później w skansenie w Suchej. Jeśli w profesji reportera (reporter to najwyższe wtajemniczenie dziennikarskiego żywota) zdarzają się piękne dni, to był taki właśnie dzień. Reżyser i aktorzy byli co prawda profesjonalnie zajęci, ale producent filmu Zbigniew Domagalski miał dużo wolnych chwil i chętnie gawędził o planach i zamierzeniach: o rozmachu dzieła, przekorze, pomysłach na unowocześnienie stareńkiego dzieła („Śluby Panieńskie” wystawiono po raz pierwszy w 1833 r. ).

Słuchałem, notowałem i byłem zachwycony, ostrzyłem sobie apetyt i cieszyłem na premierę filmu, zapowiedzianą na październik przyszłego, czyli 2010 roku. Czekałem, ale to było coś więcej niż czekanie - ściskałem kciuki za „Śluby panieńskie”. Cały rok kibicowałem filmowcom wiernie, choć z daleka.
Nastał październik 2010, „Śluby panieńskie” weszły do kin i posypały się kwaśne recenzje. Że coś w filmie nie wyszło, coś zawiodło, nie udało się. Ale jeszcze nie traciłem wiary. Miałem nadzieję, że odkryję drugie dno, pod nim coś, co szanowni recenzenci prześlepili.
Poszedłem do kina i z początku wszystko wyglądało dobrze. Okoliczne, znajome plenery – stawy pod Kotuniem, szerokie łąki nad Liwcem, altana, karczma i dwór w Suchej – pięknie się prezentowały i być może właśnie dzięki temu, że znajome, swojskie (a oglądane na ekranie) chwytały za serce. Muzyka Michała Lorenca, w której pobrzmiewają folkowe nutki (być może nawet moje ulubione, łemkowskie) też miło było posłuchać. Kostiumy – zachwycające w swojej wierności. Do tego parę grepsów, parę pomysłów. Aktorzy – same najpiękniejsze, najbardziej wzięte, gorące gwiazdy kolorowych seriali i kultowych filmów, sami magnetyczni, wybrani, znani i dobrani. A i operator, trzeba przyznać, naprawdę się napracował.    

Scenariusz? To przecież mistrz Fredro, czyli musi śmieszyć! Przecież Fredro zawsze trochę śmieszy! Słowem, ingrediencje bez zarzutu, a całość wypieku, ten komediowy mix – taka sobie. Może nie zakalec, ale też nie tort weselny. Może się coś źle zmiksowało? Powinno zachwycać, a kurczę, nie zachwyca jakoś. Rzadka rzecz wyszła - komedia, która nie śmieszy.
„Pan Tadeusz” – sukces. „Zemsta” – kolejny sukces. „Śluby panieńskie” – nie sukces, oj, nie sukces, niestety. Okazało się, że sfilmowanie romantycznej klasyki nie gwarantuje powodzenia. Zekranizować szkolną lekturę, to za mało. A może i młodzież aktorska, strach powiedzieć, nie tej samej klasy, co starzy, za komuny jeszcze kształceni aktorscy wyjadacze? 
Co zawiodło? Nie wiem. Może byłbym wiedział, ale naprawdę nie wiem. Poza tym nie jestem wiarygodny. Na chwilkę przecież przysnąłem.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości