Piotr Woźniak był kandydatem na sokołowskiego starostę, ale układ koalicyjny nie pozwolił mu zdobyć tego stanowiska. Dziś jest szefem opozycyjnego klubu PiS w radzie powiatu, od niedawna także szefem gabinetu prezydenta Siedlec Tomasza Hapunowicza.
W wyborach do rady powiatu sokołowskiego PiS zdobył prawie 10 tys. głosów. A komitet „Zgoda dla Powiatu”, złożony w znacznej części z ludzi utożsamiających z PiS, ponad 3800 głosów komitetu. Zacieraliście już ręce, że znów będzie rządzili w powiecie?
– Nie zacieraliśmy rąk. Mieszkańcy powiatu sokołowskiego są w zdecydowanej większości prawicowi, konserwatywni. Tajemnicze „Zgody” tylko namieszały im w głowach. Patrzyliśmy na to krytycznie. Nieutworzenie z nami koalicji w powiecie uniemożliwia nam kontynuowanie określonych działań, ale nie jest końcem świata. Stawia natomiast przed nami wyzwania w charakterze opozycji.
Zbigniew Czerkas z komitetu „Zgoda dla Powiatu” zdecydował się na koalicję z PSL-PO. Zaskoczył Pana taki obrót spraw?
– Skala fasadowości pana Czerkasa i komitetu „Zgoda dla Powiatu” jest wręcz niewyobrażalna. Wyborcy to naprawdę świadomi ludzie. Widzą, co się dzieje. Człowiek, który był pierwszy do brylowania na uroczystościach patriotycznych i kościelnych z senatorem Waldemarem Kraską i poseł Marią Koc, człowiek, który przekonywał swoich wyborców, że jest lepszym PiS-em i który był członkiem Prawa i Sprawiedliwości, odwraca się od swoich wyborców i pierwszy wyciąga rękę do Platformy. To droga na skróty i dla własnych korzyści, a nie dla dobra mieszkańców. To coś, co nie powinno się zdarzyć. Ciężko ten twór nazwać koniem, więc nazwę go konikiem trojańskim, który na naszych oczach i z naszym częściowym przyzwoleniem rósł.
Ma Pan żal, bo gdyby nie koalicja, którą zawiązał Zbigniew Czerkas, byłby Pan dziś starostą sokołowskim? Ale czy on zostałby wtedy wicestarostą?
– Zostałby wicestarostą, bo toczyły się takie rozmowy. Żal to może złe określenie. Może raczej niechęć? Bo to, co zaplanował, zrobił dla osobistej kariery i korzyści, a wyborcy byli tylko narzędziem.
Nie jest przecież tajemnicą, że nie pałaliście do siebie sympatią. Podczas kampanii wyborczej nie mówił Pan o tym, że obecny wicestarosta hejtował Pana w internecie i że stanęliście naprzeciwko siebie w sądzie… Były ustalenia wewnątrz partii, żeby tego nie nagłaśniać?
– To nieprawdziwa teoria. Byłem gotowy do współpracy z panem Zbigniewem, bo mieszkańcy tego oczekiwali. Moje osobiste odczucia w tej sytuacji są drugoplanowe. Pan Czerkas był postrzegany jako współpracownik poseł Marii Koc i senatora Waldemara Kraski. Do końca były prowadzone rozmowy. Dziś wszyscy już wiedzą, że była to zaplanowana akcja wyborcza, a negocjacje były skazane na niepowodzenie. A pana Czerkasa nie pozwałem do sądu. Poszedłem na policję, by zgłosić przestępstwo oczerniania mnie (i nie tylko mnie) anonimowo w internecie. Nie moja wina, że służby dotarły między innymi pod adres obecnego wicestarosty. Sam byłem tym zdziwiony. W kampanii nikt z PiS, także ja, nie wykorzystał faktu niekorzystnego wyroku dla pana Czerkasa. Ale dziś mogę powiedzieć, że wy- grałem z nim proces sądowy dotyczący hejtu w internecie. Wiem, że zakończył się podobny proces, w którym obecnego wicestarostę pozwała była starosta. Słyszałem, że wygrała, choć wyrok jest nieprawomocny.
Cały tekst przeczytacie w najnowszym papierowym i e-wydaniu „TS” nr 29.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze