Jak wyciąga się drużynę z dna tabeli, odbudowuje zawodników i dlaczego w piłce najpierw liczy się obrona, a dopiero potem styl? O tym z trenerem MKP Pogoń Siedlce Adamem Noconiem rozmawia Paweł Świerczewski.
Został Pan trenerem roku w naszym plebiscycie. Jako członek kapituły wyjaśnię, co o tym przesądziło. Otóż, w naszej ocenie, Pana konkurenci dokonali rzeczy wielkich, ale tylko Panu udało się coś niemożliwego, bo właśnie tak postrzegamy utrzymanie w I lidze murowanego kandydata do spadku, czyli Pogoni. Jak się Pan czuje z łatką trenerskiego cudotwórcy, który potrafi wyciągnąć drużynę nawet z największych tarapatów?
- Na pewno nie było łatwo się utrzymać. Byliśmy w beznadziejnej sytuacji. To, że udała nam się ta sztuka, jest zasługą wielu osób, przede wszystkim drużyny, sztabu szkoleniowego, władz klubu i kibiców, którzy do końca nie tracili wiary. Nagrodę odebrałem ja, ale traktuję ją jako własność całej społeczności Pogoni.
Był taki serial: „Na kłopoty Bednarski”. Po tym, czego Pan dokonał, można tytuł sparafrazować: „Na kłopoty Nocoń”.
- (śmiech) Pamiętam ten serial. Był chyba trochę komediowy. Nam do śmiechu było dopiero po ostatnim gwizdku sędziego w meczu przeciwko Warcie. Wszystko, co działo się wcześniej, raczej przypominało thriller albo horror. Najważniejsze, że ze szczęśliwym zakończeniem.
Obecnie Pogoń jest w nieporównywalnie lepszym położeniu niż rok temu. Ale nawet teraz przydarzyła się czarna seria meczów bez wygranej i strzelonego gola. Czy można uznać, że klątwa została przełamana pięknym trafieniem Jakubika w meczu przeciwko Ruchowi?
- Nie wierzę w klątwy. W tak wyrównanej i mocnej lidze łatwo jest się zaciąć i zaliczyć niekorzystną passę. Mecz z Ruchem był bardzo ważny. Schrzaniliśmy pierwszą połowę. Po przerwie bramka Jakubika, czyli najbardziej doświadczonego piłkarza drużyny, stała się punktem zwrotnym spotkania. Nagle okazało się, że nasza Pogoń potrafi grać bardzo dobrze w piłkę, i to z wymagającym przeciwnikiem. Cieszymy się z trzech punktów. Wiemy, że jest znacznie lepiej niż rok temu, ale trzeba dmuchać na zimne. Nie można ani przez chwilę spocząć na laurach. Do utrzymania jest jeszcze długa droga.
W meczu z Ruchem podobał mi się mocno krytykowany za strzelecką niemoc Karol Podliński. Wydaje się, że ustawienie z dwoma napastnikami mu sprzyja. Czy można się spodziewać, że Pogoń będzie teraz częściej tak grała?
- Muszę przyznać, że mi też się podobał. Był aktywny, dużo pracował w defensywie, łączył grę między formacjami i napędzał ataki. Zaliczył piękną asystę do Rosołka. Szkoda tylko, że nie strzelił bramki. Mało brakowało, bo trafił w słupek. Gol byłby takim ukoronowaniem znakomitego meczu w jego wykonaniu. Gra dwoma napastnikami została wymuszona przez sytuację kadrową, nie mogliśmy skorzystać z Damiana Szuprytowskiego. Czasem takie eksperymenty się udają, i tak było w tym przypadku. A jeśli coś funkcjonuje, nie ma powodu z tego rezygnować. Odpowiem więc: tak, gra na dwóch napastników to obecnie bardzo realna dla nas opcja. Ale oczywiście można coś zakładać, a piłka rządzi się swoimi prawami. Dziś coś działa, a za tydzień może już nie, i trzeba będzie szukać nowych rozwiązań.
Pogoń ma teraz duże nazwiska w składzie. Za takie bez wątpienia należy uznać Jarka Niezgodę i Maćka Rosołka. Przyszli tutaj z nadziejami odbudowania swoich karier i powrotu na dobrze im znany wysoki poziom. Mają na to szansę?
- Moim zdaniem Niezgoda już się odbudował i lada dzień to pokaże. Wszystko zahamował uraz, bo naprawdę wyglądał bardzo dobrze. Gdy do nas przyszedł, nie przypominał zawodnika z lat świetności, gdy występował w Legii i w USA. Widać było, że poważne kontuzje, które przeszedł, odcisnęły na nim mocne piętno. Ale bardzo ciężko pracował, żeby wrócić do dyspozycji. Wykazywał się też ogromną pokorą. Jarek nie zachowuje się jak ktoś, kto „już wszystko osiągnął”, tylko jak zawodnik głodny gry. Trzymam za niego mocno kciuki, żeby pokazał, że wciąż ma w sobie piłkarski pazur. Umiejętności wciąż są, oby tylko zdrowie pozwoliło to pokazać. Natomiast jeśli chodzi o Rosołka, stawiam przy nim wielki znak zapytania. To zawodnik nieobliczalny. Zobaczymy, w którym kierunku się wszystko rozwinie. Zaczął znakomicie, oby z tego kursu nie zszedł.
Maciej Rosołek jest wychowankiem Pogoni, który wrócił do korzeni, żeby ponownie udowodnić swoją wartość. Podobnie było z Alanem Rybakiem, którego powrotu jak na razie nie można zaliczyć do udanych…
- Rybak ma ogromnego pecha. Co chwilę łapie jakąś kontuzję, co wytrąca go z rytmu. Najpierw był poważny uraz barku, który wykluczył go z gry na dłuższy czas. Gdy już wrócił do pełni treningów i wyglądał naprawdę nieźle, przytrafiły się kontuzje kolana i kostki. Bardzo szkoda mi tego chłopaka. Życzę mu, żeby się wyleczył i chociaż w końcówce sezonu pokazał, na co go stać.
Porozmawiajmy o Pana myśli szkoleniowej. „Defensywa przede wszystkim” — to słowa, które właściwie ją przedstawiają?
- Można tak powiedzieć. Pewność drużyny buduje się od solidnej defensywy. Gdy obejmowałem Pogoń, była zespołem z największą liczbą straconych goli. Teraz jest odwrotnie. Potwierdzam, że przykładam do tego bardzo dużą wagę. Oczywiście nie można się skupiać wyłącznie na obronie, ale właśnie od szczelnej defensywy wszystko się zaczyna.
Pogoń może nie gra efektownej piłki, ale nikomu z nią nie gra się dobrze. Wydaje się, że z psucia krwi rywalom moglibyście napisać doktorat.
- Ale potrafimy też grać ładnie dla oka, co pokazało chociażby spotkanie z Wisłą Kraków. Najważniejsze jest jednak zdobywanie punktów. Trzeba też brać pod uwagę budżety rywali i ich jakość. W tej lidze jest wielu zawodników na poziomie Ekstraklasy, więc czasem kluczem do sukcesu jest dyscyplina i skuteczność, a nie widowiskowość.
Jest Pan szkoleniowcem, który dokonuje najmniejszej liczby zmian w lidze. Z czego to wynika?
- Jesienią wynikało to z kadry. Po letnich zawirowaniach trudno było o transfery, bo w Polsce pojawiła się narracja, że Pogoń może być następną „Kotwicą Kołobrzeg”. Mieliśmy wąską ławkę, przez co nie mogliśmy sobie pozwalać na jakościowe rotacje. Jestem też trenerem, który uważa, że jeśli coś dobrze działa, to po co to psuć zmianami. Teraz sytuacja jest nieporównywalnie lepsza. Mamy zdecydowanie większe pole do manewru, rywalizacja stoi na znacznie wyższym poziomie. Siłą rzeczy tych zmian w składzie powinno być więcej.
Podczas balu stwierdził Pan, że „być może będzie okazja przyjąć zaproszenie za rok”. Czy to oznacza, że wiąże Pan przyszłość z Pogonią, pomimo pojawiających się co jakiś czas medialnych doniesień o zainteresowaniu Pana usługami mocniejszych i bogatszych drużyn?
- Odpowiem dyplomatycznie: bardzo byłoby mi miło powrócić na tak piękną imprezę. Byłem zaskoczony, że uroczystość może przebiegać w tak luźnej i miłej atmosferze. Dziękuję za zaproszenie i postaram się swoją pracą ponownie na nie zasłużyć.
Jaki byłby dla Pana wymarzony scenariusz na koniec sezonu?
- Marzenia są ważne, ale trzeba twardo stąpać po ziemi. Jeśli się utrzymamy, cel zostanie zrealizowany. Choć mecz z Wartą będę wspominał do końca życia, chciałbym teraz uniknąć takiej dramaturgii. Fajnie się skończyło, ale nie zawsze tak musi być. Nic dwa razy się nie zdarza.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Rozwiązać tą zbieranine ludzi. Z moich podatków to na szkoły i drogi nie na czyjeś hobby.
Z twoich podatków bo miliony zarabiasz???
Dobrze że twoje zdanie się nie liczy :)
Przeznaczyć kasę na drogi ,dziury w jezdni ,dziur parkingowe , rozwiązać tą zbieraninę
Rozwiązać tą zbieranine ludzi. Z moich podatków to na szkoły i drogi nie na czyjeś hobby.
Z twoich podatków bo miliony zarabiasz???
Dobrze że twoje zdanie się nie liczy :)