Reklama

O niebezpieczeństwie historii

Teza, że kto w młodości dowie się o zwycięstwie pod Grunwaldem, na starość  zostanie pisowcem, wydaje mi się, szczerze mówiąc, dosyć naciągana. Wykluczyć takiego nieszczęścia nie można, ale nie bądźmy fatalistami – tak być nie musi. Nie musi tak być nawet wtedy, gdy wiedzę, przekazywaną na lekcjach historii, poszerzy się o takie narodowe drobiazgi, jak: Kircholm, Wiedeń, powstanie styczniowe czy Cud nad Wisłą. Nie znaczy to, że nie należy historii miarkować, a w sprawie jej nauczania uważać i dmuchać na zimne. Należy miarkować i należy dmuchać. Światli ludzie mówią - i mówią uczenie: historia to pisowskie paliwo. Z paliwami, jak wiadomo, trzeba ostrożnie, o nieszczęście nietrudno. 

Tak się składa, że zarówno prezydent Bronisław Komorowski, jak i premier Donald Tusk to historycy dyplomowani, absolwenci wydziałów historycznych renomowanych uniwersytetów. Dobrze wiedzą, jakie szkody potrafi wyrządzić i na jakie bezdroża wyprowadzić gruntowna historyczna edukacja. Gdyby nie historia, może by tak daleko nie zabrnęli. Nic dziwnego, że troskliwa władza chce oszczędzić następne pokolenia.
Nie sposób jednak nie zapytać: czy historia własnego kraju powinna być jedyną rzeczą, której litościwie oszczędza się młodym ludziom? Czy inne przedmioty nie są równie niebezpieczne? A oczytanie w narodowej literaturze? Czy nie jest szkodliwe? Na manowce nie prowadzi? Prowadzi. Książek zbójeckich, wykoślawiających młode dusze, nigdy nie brakowało. Niebezpiecznych autorów jest multum. Ze względu na wysoką szkodliwość społeczną, nie będę wymieniał.

  A matematyka? Matematyka nieszkodliwa? Jeszcze jak szkodliwa. Z kujona, który wie, że 5 razy 7 to 35, bądźmy szczerzy, nic dobrego nie wyrośnie. Gagatek, który potrafi takie rzeczy obliczyć, nie sięgając do kalkulatora w komórce, marnie skończy. Za kilka lat jak nic zostanie liberałem.
Co innego socjalista. Ten, zapytany: ile jest 5 x7, sam najpierw zapyta empatycznie: a ile trzeba, żeby było? I nie będzie robił problemów, jeśli się dowie, że 67. Jeśli jest to ze względów społecznych czy ideologicznych wskazane, niech będzie. Algebra musi ustąpić przed ludzkością.
Jedźmy dalej – biologia. Zaczyna się niewinnie: od nauki o pantofelku oraz zajęć praktycznych, czyli podlewania waty, na której kiełkuje ziarno fasoli. Ale dalej już równia pochyła: najpierw ziarnko, potem uczeń nieopatrznie coś zasadzi i coś zasieje, po drodze weźmie unijne dopłaty i wypisz wymaluj - gotowy członek PSL.
Nic na to nie poradzimy. Niezależnie od tego, jak bardzo będziemy się starali miarkować małolatom szkolną wiedzę, jednego możemy być pewni. Te huncwoty i tak będą bezczelnie przemądrzałe.

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości