– Nawet gdyby jeszcze paru części ciała nie miał, Maria Skalska i tak by go wybrała – mówiła Agnieszka Pasztor, otwierając w siedleckim muzeum wystawę o Ludomirze Benedyktowiczu.
Ludomir Benedyktowicz był powstańcem przez kilka tygodni. Gdy stracił dłonie, nie miał jeszcze 19 lat. Malarzem był przez całe życie. Przeżył 82 lata.
W grudniu 2026 r. minie 100 lat jego śmierci. Muzeum Regionalne w Siedlcach o urodzonym w 1844 r. w Świniarach pod Mokobodami artyście przypomina okolicznościową wystawą. Eksponaty pochodzą z kolekcji rodziny Benedyktowiczów, Muzeum Niepodległości w Warszawie oraz zbiorów muzeum siedleckiego.
Na wystawie można obejrzeć także film dokumentalny „Ludomir Benedyktowicz – malarz, powstaniec styczniowy”. Film zaprezentowano także podczas otwarcia wystawy, które odbyło się w piątek 24 kwietnia. Na uroczystość licznie przybyła z Krakowa i z Warszawy rodzina Ludomira Benedyktowicza. W wypełnionej sali konferencyjnej muzeum serdecznie witał gości dyrektor Sławomir Kordaczuk.
- Te wszystkie prace, które „za grały” w filmie o Ludomi rze Benedyktowiczu, mogą państwo dzisiaj oglądać na naszej wystawie – zapowie działa Agnieszka Pasztor, kurator wystawy. W swojej opowieści o Benedyktowiczu dużo uwagi poświęciła jego żonie Marii Skalskiej. - Była szalenie urodziwa. Kochała się w niej połowa Krakowa – opowiadała Agnieszka Pasztor. - Leon Wyczółkowski zaistniał w świecie sztuki dzięki temu, że namalował Marię Skalską, że mu pozowała.
Maria Skalska wybrała na męża Ludomira Benedyktowicza, artystę, który nie miał dłoni. Stracił je w czasie powstańczej potyczki z Rosjanami. – Gdyby jeszcze paru części ciała nie miał, też by go wybrała. Miał intelekt, miał głos, który był taki spokojnie brzmiący, był mężczyzną, na którym można było polegać. Z tego związku urodziło się sześcioro dzieci - opowiadała Agnieszka Pasztor.
Jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, artysta bez dłoni prawie do końca życia żył z pracy własnych rąk i utrzymywał rodzinę. Zdaniem kurator wystawy, taki przykład potrzebny jest zwłaszcza współczesnej młodzieży, czasami wątpiącej w siebie: „się nie chce, się nie da”. - A jemu tak wiele się udało - mówiła.

Wanda Kolinek z domu Benedyktowicz: „Portret Ludomira Benedyktowicza”
Choć od śmierci Ludomira Benedyktowicza wkrótce minie sto lat, a o artyście powstały dwie książki: Alicji Okońskiej „Paleta z mazowieckiej sosny” oraz Tomasza Adama Pruszaka „Polski Barbizończyk” oraz dziesiątki, jeśli nie setki artykułów, nie jest tak, że o jego twórczości wiemy wszystko. Malował dużo, ale ponieważ swoje prace sprzedawał, większość obrazów znajduje się obecnie w zbiorach prywatnych. Agnieszka Pasztor ma nadzieję, że stulecie śmierci malarza stanie się okazją do tego, by zlokalizować i zgromadzić jego obrazy. Na przykład „Zbieranie fiołków”, które podobno zakupił jeden z banków. - Gdzieś w Polsce może się znajdować ten obraz, dokładnie nie wiemy. Proszę, żebyście byli państwo czujni, bo następnym razem, gdy się spotkamy, chcielibyśmy jeszcze więcej na temat Benedyktowicza państwu opowiedzieć – apelowała Agnieszka Pasztor.
Jako przedstawiciel rodziny wystąpił Leszek Benedyktowicz, prawnuk Ludomira. Jak mówił, wbrew temu, co można się spodziewać, nie był wychowywany przez rodziców w kulcie Ludomira Benedyktowicza.
- To pokolenie nie karmiło nas tym tematem. Miało swój temat, po II wojnie światowej, miało inne przeżycia – opowiadał. - Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Ludomirem? Kiedy Alicja Okońska pojawiła się w naszym mieszkaniu i prowadziła długie rozmowy z moim ojcem. To były rozmowy do późna. Ona nie była z Krakowa, przyjeżdżała bodajże z Warszawy. Szukali materiałów, razem pracowali nad tym, żeby mogła powstać powieść biograficzna „Paleta z mazowieckiej sosny”. Może warto byłoby wznowić to wydanie, bo to się dobrze czyta – mówił Leszek Benedyktowicz.
Rodzina Benedyktowiczów, oprócz przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieści, przez lata gromadziła wycinki prasowe na temat Ludomira. - Gazety były wałkowane na bieżąco przez mojego ojca Janusza i przez jego siostrę Teresę. Wynajdywali różne wzmianki. Kraków pamiętał o Ludomirze. To klub szachowy wspomniał go z okazji jakiejś rocznicy, ponieważ był współzałożycielem towarzystwa szachowego w Krakowie. Albo była rocznica powstania styczniowego, albo ktoś inny o nim wspominał. Ojciec to wszystko zbierał i wklejał do albumu. W tym albumie jest tak pełno artykułów, że on już się nie domyka – opowiadał Leszek Benedyktowicz. - Część artykułów mam w kopercie. Już ich do albumu nie wklejam, bo nie bardzo się już da.
Jak przyznał Leszek Benedyktowicz, dopiero teraz, gdy ma już swoje lata, zastanawia się nad życiem pradziadka Ludomira. Jak silny to musiał być człowiek, jak silny organizm? Lekarze, kiedy dokonali amputacji obu dłoni (by nie wdała się gangrena), dawali mu nie więcej niż 48 godzin życia. Tak dużo krwi stracił. A Ludomir z tego beznadziejnego stanu wyszedł. Kształcił się na leśnika, ale ciągnęło go do malarstwa. - Nawet gdyby został leśnikiem, malowałby jako amator. I może całkiem nieźle by malował – przypuszczał Leszek Benedyktowicz.
To jednak był fenomen. Człowiek bez rąk kształcił się na malarza! Skończył, bez taryfy ulgowej, studia artystyczne za granicą. Nie mając dłoni, musiał sobie jakoś radzić. Wymagał stałej pomocy. - Był ogólnie lubiany, miał charakter przyjemny, wesoły. Lubiano go – mówił Leszek Benedyktowicz. - Musiał mieć kogoś, kto mu pomógł. W domu była jakaś tam służąca, która pomagała, ale przede wszystkim Maria Skalska, to ona chyba największą robotę miała przy tym wszystkim – opowiadał.
Oprócz malarstwa Ludomir Benedyktowicz zajmował się twórczością literacką. Z pasją toczył artystyczne polemiki. - I tak sobie myślę, że można życzyć nam wszystkim, żebyśmy nie popadali w depresję, żebyśmy walczyli – zakończył Leszek Benedyktowicz, dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do zorganizowania wystawy w siedleckim muzeum.
Ekspozycja składa się z kilkudziesięciu obrazów, rysunków i szkiców. Niemała jest też kolekcja zdjęć, którą uzupełniają materiały literackie. Największy z obrazów to „Podjazd powstańców”, wypożyczony z Muzeum Niepodległości w Warszawie. Stamtąd przyjechała do Siedlec również proteza Ludomira Benedyktowicza, wykonana w formie uchwytu-obrączki, służąca artyście do malowania. Warto zwrócić uwagę również na wyrazisty obraz „Bukiet kwiatów polnych” oraz na szkice i rysunki wykonane – jakby na przekór kalectwu i artystycznym modom impresjonizmu - z fotograficzną niemal dokładnością. Są oczywiście tak chętnie malowane przez Benedyktowicza sosny. I sporo portretów. Kilkanaście minut spędzonych na obejrzeniu towarzyszącemu wystawie filmu również nie będzie czasem straconym.
Wystawę w Muzeum Regionalnym w Siedlcach można oglądać do 6 września. Jest obecnie jedyną wystawą w Polsce poświęconą Ludomirowi Benedyktowiczowi. Można odnieść wrażenie, że powstańcza legenda i kalectwo dotychczas nieco przesłaniały jego twórczość. A przecież Benedyktowicz kształcił się w pracowni Wojciecha Gersona, w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, a później pod okiem Jana Matejki. Siedlecka wystawa przywraca nam go jako artystę.
DARIUSZ KUZIAK

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze