Widok pijanego do nieprzytomności człowieka jest przykry. Bardzo przykry. Przebywanie w jego pobliżu to czasem ekstremalne doświadczenie. Niestety, brak izby wytrzeźwień w Siedlcach sprawia, że pijani odwożeni są do okolicznych szpitali, gdzie często dezorganizują pracę i utrudniają udzielanie pomocy chorym.
Elwira Banach, nowa radna, na co dzień pracująca w stacji pogotowia ratunkowego w Siedlcach, pyta: Dlaczego w naszym mieście nie ma izby wytrzeźwień? Skala problemu jest tak duża, że warto zastanowić się nad jej uruchomieniem.
DAWNO TEMU
O izbie wytrzeźwień dyskutowano już w siedleckim samorządzie. – Było to dawno temu. Może nawet końcówka lat dziewięćdziesiątych – zastanawia się Leszek Borkowski, naczelnik Wydziału Polityki Społecznej w Urzędzie Miasta. Wówczas w Radzie Miasta zasiadło sporo lekarzy, którzy ten problem znali od podszewki. Decyzja jednak nie zapadła.
– Oczywiście chodziło i nadal chodzi o pieniądze – wyjaśnia prezydent Siedlec Wojciech Kudelski. – Utrzymanie izby wytrzeźwień sporo by nas kosztowało.
Leszek Borkowski przypomina sobie, że na porzuceniu idei budowy izby wytrzeźwień zaważyła opinia innego samorządu. – Konsultowano się chyba z władzami Białej Podlaskiej. To stamtąd przyszedł sygnał, że izba wytrzeźwień to duże koszty i same kłopoty – wspomina.
„ŻŁOBEK”
O izbie wytrzeźwień mówi się pieszczotliwie „żłobek”. Może dlatego, że trafiający tam delikwenci są jak dzieci. Nie to, żeby byli tacy słodcy, o nie. Po prostu bywa, że gaworzą bez sensu, robią w majtki, ślinią się, nie wiedzą, jak im na imię i gdzie mieszkają. Trzeba ich położyć spać i dopilnować, aby nie zrobili sobie krzywdy.
Za pobyt w „żłobku” wystawia sie potem rachunek. To kwota około 300 złotych. Oczywiście istnieje ryzyko, że bezdomny, który tam trafi, nie będzie miał z czego zapłacić, więc zarobek na nim żaden. Ale przecież do „żłobka” trafiają imprezowicze, których na opłacenie noclegu stać, jak najbardziej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!