Reklama

Arkadiusz Mazurkiewicz: Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.

Jest zapewne jednym z niewielu siedlczan kibicujących Widzewowi Łódź. W minionym sezonie podjął wyzwanie obejrzenia na żywo wszystkich ligowych i pucharowych meczów swojej ukochanej drużyny. Sam określa się mianem sportowego świra. I prawdopodobnie właśnie ta nutka szaleństwa sprawiła, że kilkanaście lat temu doprowadził kobiecy zespół MKK Siedlce do gry w koszykarskiej ekstraklasie. Z Arkadiuszem Mazurkiewiczem rozmawia Paweł Świerczewski.

Tej zasługi nikt nie może ci odebrać - to dzięki tobie koszykarska ekstraklasa zawitała do Siedlec. Dziś brzmi to jak totalna abstrakcja. Jak ci się to udało?

- Cały bajer polegał na tym, że dałem się ponieść boomowi na koszykówkę w mieście, który panował za czasów Siedleckiej Ligi NBA. Grało w niej po kilkadziesiąt zespołów, inicjatywa miała wsparcie wielu lokalnych firm. Było „na grubo”. Podobno pojawił się nawet pomysł ufundowania dla najlepszego strzelca „malucha”, co pokazuje, jaki świetny klimat dla basketu panował w Siedlcach. Wszyscy co środę biegli po „Tygodnik Siedlecki”, bo tam publikowano wyniki i tabele. A ja w gronie swoich uczennic miałem Dorotę Wojtczak, rocznik 1982, bardzo utalentowaną sportowo dziewczynę, która później odnosiła duże sukcesy w lekkiej atletyce. Mój kolega ze szkoły, Tomek Stańczuk, powiedział: „Masz taką torpedę - zgłoś ją”. I właśnie od tych pamiętnych „Enbiejek” wszystko się zaczęło. Później przyszły roczniki 1983, 1984, bardzo dobry rocznik 1987, a następnie rocznik 1993, który zdobył mistrzostwo Polski. Coraz bardziej się wkręcałem i wymyśliłem hasło: „Od szkolnej klasy do Ekstraklasy”. Jako ówczesny radny lobbowałem za wsparciem miasta, zorganizowałem też całe konsorcjum biznesowe, które zaraziłem swoim marzeniem. No i postawiłem na dobrego konia, „podnosząc z kanapy” będącego już praktycznie na koszykarskiej emeryturze kultowego trenera Teodora Mołłowa, którego zarekomendował mi odkrywca talentu sióstr Dydek i mój wielki mentor Ryszard Zahn. Powiedział tylko: „Bierz w ciemno”. I to był strzał w dziesiątkę. Duet Mołłow - Mazurkiewicz wprowadził Siedlce do koszykarskiej elity, choć wielu wątpiło, że to się uda. Ale świat stoi na szalonych ludziach, którzy sięgają tam, gdzie inni nie mają nawet odwagi spojrzeć.

Reklama

Trener Mołłow to zdecydowanie postać nietuzinkowa w historii siedleckiego sportu. Jeden z najwybitniejszych trenerów, i to niezależnie od dyscypliny.

– Przede wszystkim to człowiek o ogromnej charyzmie i jeszcze większej koszykarskiej wiedzy. Całkowicie oddany sprawie, której się podjął. Prawdziwy pasjonat i człowiek z zasadami, a to dziś gatunek wymierający. Gdy pojawiały się problemy, potrafił wyłożyć pieniądze z własnej kieszeni. Sam też tak robiłem. Mieliśmy plan awansu do ekstraklasy i go zrealizowaliśmy, a w debiutanckim sezonie zajęliśmy siódme miejsce w Polsce, mając budżet w wysokości 850 tys. zł, sześć grup młodzieżowych i dziesięciu trenerów na utrzymaniu. To nie miało prawa się udać, a jednak się udało. Hala przy ul. Prusa pękała w szwach. Do Siedlec przyjeżdżały naszpikowane gwiazdami kluby, jak choćby Wisła Kraków, i wcale nie miały łatwej przeprawy. Marzenia się nie spełniają - marzenia się spełnia.

Reklama

Powiedziałeś o blaskach, ale były też cienie. Bardzo szybko zaczęły wam doskwierać poważne problemy finansowe. Z perspektywy czasu możesz przyznać, że ekstraklasa was przerosła?

– Zdecydowanie tak. Jeśli chodzi o finanse, to była jedna wielka ściana płaczu. Nie udźwignąłem presji nieustannego lepienia czegoś z niczego, byle wszystko jakoś się toczyło. Jestem nauczony, że jeśli coś robić, to porządnie. Dlatego odszedłem.

Ale MKK grał dalej. Już bez ciebie spędził w ekstraklasie jeszcze kilka sezonów.

Reklama

- Pojawiły się pieniądze z PGE i realia się poprawiły. Chwała ludziom, którzy kontynuowali ten projekt. Ja nie czułem się już na siłach. Ostatecznie jednak i tak wszystko upadło. Tych złotych lat siedleckiej koszykówki mnóstwo osób nie zapomni do końca życia. A wspomnienia są bezcenne.

Jakie jest twoje najmilsze wspomnienie związane z ekstraklasą w Siedlcach?

- Chyba samo wspomnienie awansu. Wstałem następnego dnia rano i z oszołomienia przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem. Pamiętny był też mecz z Wisłą Kraków, kiedy ze względu na olbrzymie zainteresowanie dostawialiśmy krzesełka tuż za koszami. No i ten szalejący na trybunach „Waldi”. Oj, był klimacik.

Reklama

Masz świadomość popełnionych błędów? Czy można było zrobić coś lepiej, żeby Siedlce na stałe zadomowiły się w ekstraklasie?

- Gdybym miał szansę to powtórzyć, pewnie wiele rzeczy zrobiłbym inaczej. Mam jednak spokój ducha, bo zawsze podejmowałem decyzje, które w danym momencie uważałem za najlepsze dla klubu. Oczywiście myliłem się, bo błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Kierowaliśmy się pasją i miłością do koszykówki oraz do Siedlec. Nie było łatwo, bo w naszym mieście środki trzeba dzielić między wiele dyscyplin. To nie Polkowice, gdzie liczyła się przede wszystkim koszykówka. Tutaj do podziału tortu ustawia się długa kolejka.

Reklama

Próbowałeś jeszcze wrócić do ligowej koszykówki z projektem SMKK Siedlce. Były ambitne plany, które ostatecznie spełzły na niczym.

- Drużyna była oparta na moich wychowankach. Przez jakiś czas świetnie się bawiliśmy, ale w końcu pojawiło się pytanie: co dalej? Zaczęło się nakręcanie tematu, a ja miałem świadomość, że wyżej nie podskoczymy. Dziewczyny grały za darmo, miały swoje obowiązki zawodowe i rodzinne. Wiem, co to znaczy, bo sam w pewnym momencie położyłem na szali rodzinę. Przez koszykówkę o świcie wychodziłem z domu, a wracałem nocą. Taka była cena sukcesu. W końcu wspólnie uznaliśmy, że dalsze ciągnięcie tego projektu nie ma sensu.

Reklama

 A może by tak jeszcze raz spróbować? Chodzi ci coś takiego po głowie?

- Dziś zajmuję się zupełnie czymś innym, prowadzę gabinet terapeutyczny. Ale nigdy nie mów nigdy. Wiem, jak robi się ekstraklasę, bo raz już to zrobiłem. Jestem też zdecydowanie bogatszy o doświadczenia. Chętnie się nimi podzielę, jeśli zgłosi się jakiś zapaleniec. Ale, jak to się mówi - „kasa, misiu, kasa”. Wielki sport to wielkie pieniądze. Potrzebny jest też czynnik ludzki, bo taki projekt wymaga zaangażowania wielu kompetentnych osób. Służę radą, ale sam, przynajmniej na razie, nie planuję ponownie angażować się w coś takiego na sto procent. Chyba że dostałbym jakiś niesamowity motywacyjny impuls i ktoś zaraziłby mnie swoim entuzjazmem. Wciąż mam wiele kontaktów, które mogłyby okazać się bardzo przydatne...

Reklama

Ze sportowej zajawki chyba jednak wciąż się nie wyleczyłeś?

- Zdecydowanie nie. Przede wszystkim jest mój ukochany Widzew, klub, w którym swego czasu prowadziłem doping na trybunach. W minionym sezonie zrobiłem challenge polegający na zaliczeniu wszystkich domowych i wyjazdowych meczów Widzewa. Często wracałem do domu nad ranem i od razu pędziłem do pracy. Jestem sportowym świrem, a gdyby to nie była ogólnodostępna gazeta, powiedziałbym nawet mocniej. Zawsze jednak powtarzam, że lepiej być dziwnym dla innych niż obcym dla siebie. Mam nadzieję, że nigdy się z tego nie wyleczę. Sportową pasją zaraził mnie mój tata, a ja przekazałem ją swoim dzieciom. Syn prowadzi na YouTubie kanał „Turystyka stadionowa”, który ma miliony wyświetleń. Zwiedza Polskę i świat, opowiadając o piłce nożnej, a przy okazji pokazuje lokalne kulinaria, historię i przyrodę. To się klika. Córka z kolei zajęła kiedyś piąte miejsce w biegu na 60 metrów podczas Ogólnopolskiego Finału Czwartków Lekkoatletycznych. Gra w tenisa, jeździ konno. Jestem z nich bardzo dumny.

Reklama

Dziękuję za rozmowę.

- Do zobaczenia na sportowym szlaku!

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 16/07/2026 13:55
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości