Reklama

Pupa w oknie

12/01/2011 09:44

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem pupę w oknie. W czasach podróżniczej młodości mojego pokolenia był to, można powiedzieć, standardowy peronowy widok. Tak częsty mniej więcej, jak podróż pociągiem dalekobieżnym. Mniemałem, że pupa w oknie przepadła, jak kartka na wołowinę z kością, wraz z pozostałymi reliktami komuny. Okazało się, że nie przepadła. Ocalała, zachowała się w narodowej praktyce, a nawet – jako przejaw narodowej pomysłowości i przedsiębiorczości, by nie powiedzieć desperacji - została oficjalnie reaktywowana i zrehabilitowana.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem pupę w oknie. W czasach podróżniczej młodości mojego pokolenia był to, można powiedzieć, standardowy peronowy widok. Tak częsty mniej więcej, jak podróż pociągiem dalekobieżnym. Mniemałem, że pupa w oknie przepadła, jak kartka na wołowinę z kością, wraz z pozostałymi reliktami komuny. Okazało się, że nie przepadła. Ocalała, zachowała się w narodowej praktyce, a nawet – jako przejaw narodowej pomysłowości i przedsiębiorczości, by nie powiedzieć desperacji - została oficjalnie reaktywowana i zrehabilitowana.
W obecnych czasach rozpasanego kapitalizmu pupa w oknie powróciła w wiadomościach wszystkich publicznych i komercyjnych telewizji. Żebyś nie wiem jak zgrabnie, szanowny, a zdesperowany pasażerze, wślizgiwał się do przedziału przez uchylone okno, za każdym razem tyłek musi choć na chwilę zawisnąć na krawędzi. Nic dziwnego, że kamerzyści i realizatorzy telewizji ten właśnie widowiskowy moment wybrali jako ilustrację uciążliwości, jakie w ostatnich tygodniach spotykały hazardzistów, którzy lekkomyślnie zawierzyli swoje losy polskim kolejom.
Wskakiwanie do pociągu przez okno jest oczywiście skrajnie niebezpieczne, głupie i surowo wzbronione. Ale cóż, stanie w korytarzu przez całą drogę do Zakopanego również zdrowia nie gwarantuje. Wybierający standardowe wejście przez drzwi, najpierw muszą mieć szczęście i stanąć w odpowiednim miejscu na peronie, potem otworzyć drzwi, wdrapać się po stopniach, przecisnąć się z bagażami wąskim korytarzem. Kto wybiera skok przez okno, od razu jest w przedziale.
Skok przez okno nie był oczywiście jedynym sposobem zdobywania miejsca w pociągu w warunkach ostrej konkurencji na peronie. Tuż przed podstawieniem pociągu na peron, można było przeskoczyć na drugą stronę torów. Z drugiej strony, przy mniejszym tłoku, łatwiej było pierwszemu doskoczyć do drzwi. O takich oczywistościach, że należało wsiadać na stacji, z której pociąg rozpoczynał swój bieg, nawet nie wspominam. To była elementarna szkoła przeżycia. Jak jechaliśmy pośpiesznym do Suwałk, wsiadaliśmy na Zachodniej; jadąc w góry – na dworcu Wschodnim. Myśl, że na Centralnym będą jeszcze wolne miejsca, była myślą ostatnich frajerów. Wyższym wtajemniczeniem kolejowego survivalu było dostać się do pociągu, kiedy stał on jeszcze na bocznicy. Nieliczni i to potrafili. Sokiści i kolejarze za takimi przedwczesnymi podróżnymi, co zrozumiałe, nie przepadali. W szczycie urlopowego sezonu nie zawsze mieli jednak dość czasu, by dopilnować każdego wagonu. Jeśli jeszcze było się posiadaczem konduktorskiej klamki, by przedział zamknąć od środka, osiągało się pełnię podróżniczego, egoistycznego szczęścia. Potem można było się nawet wyspać jak w kuszetce. Na rozciągniętych na podłodze plecakach, na półkach na bagaże, a pod koniec trasy, gdzieś za Przemyślem czy pod Zwardoniem, nawet na siedzeniach. Takie były zabawy, takie sposoby i podróże w one lata… A teraz tylko śmiech i rozrywka.
Wiecie, jaki jest najnowszy szczyt roztargnienia? Spóźnić się na pociąg. W Polsce.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości