– W pewnym momencie nasz wzrok się na chwilę spotkał. I to wystarczyło, żebym w oczach chłopca zobaczył strach, a jednocześnie prośbę o ratunek. W tym spojrzeniu było coś, co pozwoliło mi natychmiast zrozumieć, że chłopczyk walczy już ostatkiem sił i traci nadzieję na ratunek. Wiedziałem, że jeśli natychmiast nie uda mi się mu pomóc, to on się podda. Byłem dla niego ostatnią nadzieją. Ale to nie jest tak, że człowiek w takich chwilach nie myśli też o sobie. Bałem się, bo miałem świadomość, że mogę zginąć razem z tym dzieckiem. Potem w pełni zrozumiałem, że było naprawdę bardzo blisko.

Pan Marcin fot. arch.
DECYDOWAŁY SEKUNDY
To był wspaniały urlop, który dobiegał już końca. Pan Marcin z panią Iloną wybrali się nad polskie morze, do Karwi, która jest piękna, ale na pewno trochę spokojniejsza od najpopularniejszych miejscowości. Na wakacje zabrali ze sobą czwórkę dzieci w wieku od 6 do 16 lat. Nad taką gromadką niełatwo zapanować. Dlatego wdrożyli bardzo rygorystyczny „system bezpieczeństwa”. Kiedy któreś dziecko chciało wejść do wody, musiało o tym meldować dorosłym. I wtedy przynajmniej jedno z nich nie spuszczało dziecka z oka.
Byli wyczuleni na punkcie bezpieczeństwa. Dlatego też niemal przez cały urlop chodzili na plażę, zajmując miejsce tuż przy ratownikach. Ostatniego dnia urlopu poszli w zupełnie inną, oddaloną od „wieżyczki” ratowników, część plaży. Pan Marcin leżał na leżaku i przysypiał rozleniwiony promieniami słońca. Odpoczywał tak, jak lubił. Bez nadmiernego wysiłku. Pani Ilona leżała na leżaku obok, ale miała właśnie „dyżur” i pilnie obserwowała dwóch kąpiących się chłopców, Fabiana i Miłosza, którzy bawili się w wodzie. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że niemal po sąsiedzku, na kocyku w pobliżu ich leżaków, odpoczywa rodzina z dziećmi z gminy Cegłów.
– Tato, tato, dziecko się topi! – zaczęli na przemian wołać obaj chłopcy.
– Nie tylko usłyszałam ich dramatywczne wołanie, ale widziałam, że obaj szybko biegną z wody w stronę plaży. Od razu było widać, że są mocno wystraszeni, że dzieje się coś złego. Obaj chłopcy na szczęście zachowali się doskonale. Od razu wszczęli alarm, nie czekając, aż znajdą się na plaży.
I to miało decydujące znaczenie, bo każda sekunda zwłoki mogła zdecydować o życiu lub śmierci.
– Widziałam, że Marcin przysypia na leżaku, więc krzyknęłam do niego bardzo głośno: „Marcin, dziecko się topi”! A on w jednej chwili zerwał się i pobiegł na ratunek. Jako jedyny na pełnej ludzi plaży! Nie było wtedy na niej nawet ratowników, bo dyżurowali oni do godziny 16.00. A dramat rozgrywał się około godziny 16.20.
– Byłem rozleniwiony słońcem, ale alarm w jednej chwili postawił mnie na nogi – opowiada pan Marcin.
Cały tekst przeczytacie w papierowym i e-wydaniu TS nr 50.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
I to są wiadomości ! aż miło spotkać się z rozsądkiem i odwagą, zarówno dzieci i rodziców, którzy nie rozglądali się kto ich wyręczy, tylko na alarm podjęli działania! Brawo chłopcy! mama i tatuś ! kilka lat wstecz jakiś chłopiec na Wiśle ("niedaleko" początku DK76) uratował inne dziecko, jednak sam już nie wyszedł z opresji. Została po nim ładna karta, nagrobek i pośmiertne odznaczenie rodzinie. Każda próba pomocy w wodzie powinna być "ogarnięta", nie bez pomysłu, jednak i tak w wielu sytuacjach jest wóz albo przewóz. Pani Ilona może być z męża i synów dumna! Zdrowia Panie Marcinie!
I to są wiadomości ! aż miło spotkać się z rozsądkiem i odwagą, zarówno dzieci i rodziców, którzy nie rozglądali się kto ich wyręczy, tylko na alarm podjęli działania! Brawo chłopcy! mama i tatuś ! kilka lat wstecz jakiś chłopiec na Wiśle ("niedaleko" początku DK76) uratował inne dziecko, jednak sam już nie wyszedł z opresji. Została po nim ładna karta, nagrobek i pośmiertne odznaczenie rodzinie. Każda próba pomocy w wodzie powinna być "ogarnięta", nie bez pomysłu, jednak i tak w wielu sytuacjach jest wóz albo przewóz. Pani Ilona może być z męża i synów dumna! Zdrowia Panie Marcinie!