„Wspaniałym trenerom – Agata Wróbel” - tak wygląda dedykacja na portrecie, który utytułowana sztangistka podarowała swoim wieloletnim trenerom Ryszardowi i Danucie Soćkom. W zupełnie innym świetle przedstawia trenerów i ośrodek szkolenia w Siedlcach w autobiografii „Ciężar życia”.

Portret podarowany przez Agate Wróbel swoim trenerom - Ryszardowi i Danucie Soćkom fot. Aga Król
Ryszard Soćko to legendarny szkoleniowiec ciężarów, nagrodzony Krzyżem Kawalerskim i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Był na pięciu igrzyskach, od Sydney do Rio de Janeiro. Wspólnie z żoną Danutą prowadził ośrodek szkolenia w Siedlcach, którego najwybitniejsza wychowanka Agata Wróbel zdobyła dwa medale olimpijskie i była multimedalistką mistrzostw świata i Europy.
Trener od blisko 8 lat jest na emeryturze. Rzadko udziela się w mediach. Postanowił wyjść z cienia po lekturze autobiografii swojej podopiecznej.
- Nie mogę przejść obojętnie obok rozbieżności w przedstawieniu ośrodka szkolenia w Siedlcach, który wychował wiele medalistek, między tym, w jaki sposób opisała go Agata, a jak wyglądał w rzeczywistości i jak wspominają go inne zawodniczki – mówi. - Agata stwierdziła, że w Siedlcach były dwa więzienia. Jedno w centrum miasta, a drugie na Kazimierzowskiej. Przez dziennikarzy ośrodek był nazywany „klasztorem”. I ta nazwa jest zdecydowanie trafniejsza. W klasztorze jest się dobrowolnie i dla osiągnięcia określonych celów. Oczywiście obowiązują pewne zasady, jedne bardziej, a drugie mniej uciążliwe. Wszystko ma jednak większy sens. To była nasza ścieżka do sukcesów, ale też do przygotowania dziewczyn, często z bardzo trudnych środowisk, do dorosłego życia.
Ze wspomnień Ryszarda Soćki wynika, że Agata Wróbel nigdy nie wyrażała się negatywnie na temat ośrodka, zrobiła tak dopiero na potrzeby książki. Nie oznacza to, że ze wszystkiego była zadowolona.
- Napisała w książce, że straszne było robienie pompek za chodzenie po korytarzu po 22. Pompki rzeczywiście były, ale za hałasy, które przeszkadzały innym podopiecznym. To było miejsce zbiorowe i należało się tak zachowywać, żeby nie uprzykrzać sobie wzajemnie życia – opowiada szkoleniowiec.
Ryszard Soćko przyznaje jednak, że funkcjonowania ośrodka nie dałoby się powtórzyć w dzisiejszych czasach.
- Nie ma już tak zdeterminowanych zawodniczek, gotowych spędzać w takim miejscu ponad 300 dni w roku. Nie ma też już fanatyków, jak ja z żoną, którzy dla pracy w ośrodku poświęcali wszystko, a przede wszystkim życie prywatne. My te dziewczyny trenowaliśmy, wychowywaliśmy, uczyliśmy, mieszkaliśmy z nimi, mimo, że mieliśmy mieszkanie 2 km od ośrodka. To był ośrodek - dom. Miał na celu wpojenie podopiecznym określonych zasad, które spożytkują w późniejszym życiu. I prawie ze wszystkimi dziewczynami się to udało. Mają rodziny i poukładane życie. Agata, niestety, stanowi niechlubny wyjątek - zauważa trener. - Żeby podopiecznym powiodło się w „życiu po sporcie”, kładliśmy przede wszystkim nacisk na naukę. Każda miała wymóg zdania matury. Tłumaczyliśmy, że sport jest tu i teraz, ale kiedyś się skończy, czasem nawet zdecydowanie wcześniej niż moglibyśmy się tego spodziewać. Nauka stanowi inwestycję w przyszłość. I wszystkim zawodniczkom maturę udało się zdać, wiele z nich skończyło również studia. Agata też maturę zdała, ale mimo że na studia się dostała, to już ich nie podjęła, bo nie było obowiązku.
Szkoleniowiec z sentymentem opowiada o okolicznościach, w jakich powstał siedlecki ośrodek.
- Punktem wyjścia była decyzja Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego o wprowadzeniu ciężarów kobiet do programu igrzysk w 1994 roku. W Europie było w tym czasie kilka liczących się w ciężarowym świecie nacji, jak np.: Bułgarki, Węgierki czy Hiszpanki . Natomiast u nas sport w wykonaniu pań był w powijakach. Mieliśmy kilka dziewczyn, które trenowały, bo chciały spróbować „egzotycznego” sportu albo, np. miały chłopaka sztangistę. Nie sposób było na tym oprzeć przygotowań olimpijskich. Pomysł utworzenia ośrodka wyszedł od śp. Andrzeja Matusiaka, ówczesnego sekretarza generalnego PZPC. Stwierdził, że inaczej nie nadążymy za światem. I on w roli osoby zarządzającej ośrodkiem widział moją osobę, ale wiedzieliśmy, że moim asystentem musi być kobieta. Matusiak zaproponował Danutę, gdyż był pod wrażeniem jej treningów z lekkoatletkami – wspomina Ryszard Soćko. - A teraz Agata o Danucie w swojej książce pisze trenerka w cudzysłowie, bo była żoną trenera. A to osoba odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi i nagrodzona przez Polski Komitet Olimpijski tytułem Trenerki Roku 2004. A bez Danuty to wszystko nie miało prawa się udać. W ośrodku pełnym młodych dziewcząt bardzo potrzebna była kobieca ręka. Żona miała też wszelkie potrzebne uprawnienia pedagogiczne i trenerskie. Jej podopieczne, jak np. Marzena Wysocka, osiągały znaczące wyniki w rzutach i podnoszeniu ciężarów. To bardzo krzywdzące w jaki sposób została potraktowana przez Agatę, której przez tyle lat dawała tak wiele wsparcia i ciepła.
Trener o ośrodku opowiada niczym o swoim dziecku – z dumą. Ma satysfakcją z dobrze wykonanej pracy: - Ośrodek nie był na niczym wzorowany, gdyż nigdzie nic podobnego nie istniało. Wszystko było naszym autorskim pomysłem. Gdy pojawiły się sukcesy, przyjeżdżały tutaj dziewczyny z różnych krajów, żeby trenować i podpatrzeć, jak to się u nas robi, że osiągamy takie wyniki. Ośrodek był czymś, czym można było się szczycić. Wiele dziewczyn, które w nim mieszkało, dzwoniło do mnie zbulwersowanych książką Agaty. Tym, że za wszelkie swoje problemy, w tym zdrowotne, obwinia sport. Jedna z wychowanek, która ma teraz trójkę dzieci, stwierdziła, że gdyby miała je gdzieś posłać na drugi koniec Polski, to właśnie do miejsca, w którym panowała taka atmosfera i zasady, jak w naszym ośrodku.
Dlaczego zdaniem trenera Soćki Agata Wróbel zdecydowała się w taki, a nie inny sposób przedstawić miejsce i ludzi, z którymi pracowała?
- Bo jest sfrustrowana, że jej życie po odejściu ze sportu się nie ułożyło i obwinia o to wszystkich? Albo dla kontrowersji, bo ktoś jej doradził, że bez tego książka się nie sprzeda? A może, żeby wzbudzić litość na potrzeby organizacji kolejnych zbiórek dla siebie i swojego partnera? – domniemywa utytułowany szkoleniowiec. - Agata była wielką mistrzynią, choć wcale nie była bardzo silna fizycznie, ale jej organizm znakomicie reagował na ciężki trening, co skutkowało szybkimi postępami. Nie była nadmiernie pracowita i często żaliła się na żmudny trening. Gdy jednak miała postawiony przed sobą jasny i ambitny cel i, co najważniejsze, w to wierzyła, potrafiła bardzo ciężko pracować. Pieniądze ze zbiórek w rzeczywistości w niczym jej nie pomagają, nie zmotywują do zrobienia czegokolwiek ze swoim życiem.
Trener nie miał jeszcze okazji skonfrontować się ze swoją najwybitniejszą podopieczną po lekturze jej książki. Twierdzi, że nie ma jej aktualnego numeru telefonu, gdyż często je zmienia. Co by jej powiedział, gdyby nadarzyła się możliwość rozmowy?
- Po prostu zapytałbym: Agato, dlaczego?
Paweł Świerczewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pamiętam Panią Agatę z czasów szkolnych. W tamtym okresie pozowała na osobę wyniosłą. Medale medalami,ale jednej rzeczy jej brakowało. Skromności.
Egzotyczny sport służący wyciąganiu kasy z budżetu... Trener może mieć i najlepsze intencje, ale to nie zmienia faktu, że to nigdy nie powinno być dyscypliną olimpijską! I teraz sobie taka AW bierze z naszych kieszeni co miesiac ok 4 tys zł... naprawdę wolicie płacić "emerytom" olimpijskim niż np policjantom?
Myślę że medale Agaty kosztują mniej niż maszyna do naśnieżania i jego wycieczki na "zawody" dla syna biegacza jednego z radnych.
nie "ukochanym", a "wspaniałym" - jest różnica, a poza tym terror czyli pompki za karę itp, dzisiaj to by było nie teges
W sporcie musi być dyscyplina a trener musi być wymagającym "katem". Bez tego nie ma sukcesu. Poluzowanie tych reguł dało się odczuć na ostatniej Olimpiedzie 8 medali a kiedyś to nawet 32 medale przywozili sportowcy.
Pamiętam Panią Agatę z czasów szkolnych. W tamtym okresie pozowała na osobę wyniosłą. Medale medalami,ale jednej rzeczy jej brakowało. Skromności.
Egzotyczny sport służący wyciąganiu kasy z budżetu... Trener może mieć i najlepsze intencje, ale to nie zmienia faktu, że to nigdy nie powinno być dyscypliną olimpijską! I teraz sobie taka AW bierze z naszych kieszeni co miesiac ok 4 tys zł... naprawdę wolicie płacić "emerytom" olimpijskim niż np policjantom?
Myślę że medale Agaty kosztują mniej niż maszyna do naśnieżania i jego wycieczki na "zawody" dla syna biegacza jednego z radnych.