Pożar lasu na pograniczu powiatów wołomińskiego i mińskiego nadal nie jest opanowany. Ogień objął już około 300 hektarów terenu leśnego, a w działania zaangażowano ponad 800 strażaków wspieranych przez policję, Wojska Obrony Terytorialnej, Lasy Państwowe i służby z wielu regionów kraju. Mimo ogromnych sił skierowanych do akcji sytuacja pozostaje dynamiczna, a strażacy podkreślają, że kluczowe znaczenie mają warunki pogodowe i wiatr.
Przyczyna pożaru wciąż nie jest znana. Policja prowadzi czynności wyjaśniające i analizuje kilka możliwych scenariuszy. Pod uwagę brane są różne hipotezy, w tym również możliwość celowego podpalenia. Na obecnym etapie śledztwa służby nie przesądzają jednak o źródle pojawienia się ognia.
Najtrudniejsze chwile przeżywali mieszkańcy Ołdakowizny i Rządzy w gminie Stanisławów. To właśnie tam ogień niebezpiecznie zbliżył się do zabudowań, a służby zdecydowały o ewakuacji mieszkańców.
– Początkowo większość sił była skoncentrowana po stronie powiatu wołomińskiego. Dopiero później, gdy wiatr zmienił kierunek, ogień zaczął przemieszczać się w stronę naszej gminy. Wtedy konieczne było przegrupowanie sił i sprzętu. Najtrudniejsza sytuacja była właśnie w Ołdakowiźnie, gdzie pożar zbliżył się do zabudowań – mówi Kinga Sosińska, burmistrz Miasta i Gminy Stanisławów.
Jak podkreśla burmistrz, liczba osób, które opuściły zagrożony teren, mogła być większa niż wynikało z pierwszych danych.
– Policja informowała o ewakuacji około 42 osób, ale rzeczywista liczba mogła być wyższa. Ołdakowizna to miejscowość, w której znajduje się wiele domków letniskowych i posesji należących do osób spoza gminy. Nie wszyscy byli ujęci w oficjalnych zestawieniach. Szacujemy, że teren mogło opuścić nawet około stu osób. Ludzie byli przerażeni, bo widzieli zbliżający się ogień i ogromne kłęby dymu, ale zachowali się bardzo odpowiedzialnie. Wykonywali wszystkie polecenia strażaków, policjantów i innych służb. Dzięki temu ewakuacja przebiegła spokojnie i bezpiecznie. Część mieszkańców oraz osób przebywających tam czasowo wyjechała do rodzin i znajomych, a dla pozostałych przygotowaliśmy miejsca noclegowe – wyjaśnia burmistrz.
W Stanisławowie natychmiast uruchomiono sztab kryzysowy. Pomoc dla mieszkańców organizowano równolegle w urzędzie gminy i w miejscowej szkole podstawowej.
– Przygotowaliśmy łóżka, pościel i wszystkie niezbędne warunki dla ewakuowanych. Ostatecznie noc w szkole spędziło sześć osób, pozostali znaleźli schronienie u bliskich – relacjonuje Kinga Sosińska.
Burmistrz podkreśla, że przez cały czas pozostawała w kontakcie ze służbami oraz przedstawicielami administracji rządowej.
– Do domu wróciłam około pierwszej w nocy, ale już od czwartej rano byłam na nogach i pod telefonie. Od rana uczestniczyłam w odprawach i spotkaniach ze służbami, odwiedzałam miejsca działań strażaków i punkty pomocy mieszkańcom. Duże wsparcie otrzymywaliśmy również od wiceministra Czesława Mroczka. Od pierwszych godzin pożaru pozostawaliśmy w stałym kontakcie, na bieżąco interesował się sytuacją i monitorował rozwój wydarzeń. W tak trudnym momencie dla samorządu bardzo ważne jest poczucie, że nie zostajemy sami. Sama również starałam się pomagać tam, gdzie było to możliwe. Dwa razy jechałam quadem ze strażakami przez teren leśny, żeby wskazać im drogi dojazdowe i miejsca, do których chcieli dotrzeć. W takich sytuacjach liczy się każda minuta i znajomość terenu – mówi Kinga Sosińska.
Służby monitorowały również sytuację zwierząt pozostawionych na zagrożonym terenie.
– Otrzymaliśmy zgłoszenie dotyczące psa, który miał pozostać w strefie zagrożenia. Na miejsce pojechali wolontariusze, jednak zwierzęcia nie odnaleziono. Sprawdzaliśmy także informacje dotyczące zwierząt gospodarskich. Na szczęście nie mieliśmy sygnałów, że były one bezpośrednio zagrożone – dodaje.
Ogromne znaczenie miało wsparcie mieszkańców. W szkołach i punktach zaplecza dla ratowników organizowano żywność i napoje dla strażaków pracujących przez wiele godzin w trudnych warunkach.
– Pomoc płynęła z całego powiatu mińskiego. Wsparcia udzielali burmistrzowie i wójtowie z pow. mińskiego, mieszkańcy przygotowywali posiłki dla strażaków. Dowiedzieliśmy się też, że ratownicy najbardziej potrzebują napojów energetycznych oraz batonów, które mogą zabrać ze sobą podczas działań w lesie, może ktoś zechce wesprzeć takim podarunkiem. Odzew mieszkańców jest bardzo duży. Przez cały czas ktoś przywoził wodę, jedzenie i potrzebne produkty – podkreśla Kinga Sosińska.
Pożar należy do największych tego typu zdarzeń na Mazowszu w ostatnich latach. Działania prowadzi ponad 800 strażaków. Na miejsce skierowano specjalistyczne moduły GFFF z Poznania, Łodzi, Lublina i Olsztyna, przeznaczone do gaszenia pożarów lasów w trudnym terenie. W akcji uczestniczą również żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej.
Strażacy podkreślają, że jednym z największych problemów był sposób rozprzestrzeniania się ognia. Silny wiatr sprawiał, że płomienie nie ograniczały się do ściółki leśnej. Pożar przenosił się również na korony drzew, przez co bardzo szybko obejmował kolejne obszary lasu.
W celu ograniczenia rozwoju pożaru służby zamknęły drogę krajową nr 50. Wzdłuż jednego z odcinków trasy usunięto część drzew, tworząc dodatkową linię obrony mającą zatrzymać rozprzestrzenianie się ognia. Było to jedno z kluczowych działań ochronnych prowadzonych podczas akcji.
Z powietrza działania wspierają trzy śmigłowce Lasów Państwowych, pięć samolotów gaśniczych Dromader oraz policyjny Black Hawk wyposażony w zbiornik Bambi Bucket mieszczący 3 tysiące litrów wody. To właśnie lotnictwo gaśnicze odgrywa obecnie jedną z kluczowych ról w walce z żywiołem.
Strażacy podkreślają, że sytuacja jest lepsza niż w pierwszych godzinach pożaru, ale nadal nie można mówić o pełnej stabilizacji.
– Pożar został ograniczony i nie rozprzestrzenia się już w sposób niekontrolowany, jednak nadal pojawiają się nowe zarzewia ognia. Nie możemy jeszcze mówić o stabilnej sytuacji. Największym wyzwaniem pozostaje wiatr, który może przenosić ogień na kolejne obszary. Wszyscy czekamy na jego osłabienie. Jeżeli prognozy się sprawdzą i w nocy wiatr wyraźnie osłabnie, stworzy to znacznie lepsze warunki do dogaszania pożaru – podkreślają strażacy kierujący akcją.
O zagrożeniu związanym z warunkami pogodowymi mówi również gen. Wiesław Leśniakiewicz, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji.
– Zgodnie z przewidywaniami popołudniowy wiatr powoduje dodatkowe zagrożenia. Nie możemy już mówić o stabilnej sytuacji. Co jakiś czas pojawiają się nowe zarzewia ognia, dlatego stale uruchamiane są śmigłowce i samoloty gaśnicze – zaznacza.
Jak dodaje, akcja może potrwać jeszcze wiele godzin, a nawet kilka dni.
– To będzie akcja wielodniowa. Nie da się dziś powiedzieć, czy zakończy się jutro, czy pojutrze. Teren jest ogromny i trzeba bardzo dokładnie dogasić wszystkie zarzewia ognia. Najważniejsze pozostaje bezpieczeństwo ratowników i mieszkańców – podsumowuje gen. Wiesław Leśniakiewicz.
Dla Kingi Sosińskiej najbardziej poruszające było jednak osobiste zetknięcie się z żywiołem.
– Mieszkańcy byli przestraszeni, ale jednocześnie bardzo odpowiedzialni. Dla mnie najbardziej poruszający był moment, kiedy strażacy zabrali mnie w rejon działań i zobaczyłam ścianę ognia na własne oczy. Tego obrazu długo nie zapomnę. Po powrocie do domu wciąż czułam zapach dymu, a następnego dnia trudno było mi oddychać. To pokazuje, jak potężnym i nieprzewidywalnym żywiołem jest pożar lasu – podsumowuje burmistrz Stanisławowa.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze